POLUB NAS

Turystów przewodnik po świecie

Bartek Bernabiuk Wywiad Joanna Osicka Turyści

Lip 11, 2016, 08:49 0 2 JoannaOsicka

 
Pilot wycieczek i turysta. Dwie różne osoby, funkcje i perspektywa. Jak pogodzić to ze sobą? Jak sprawić by rozsypująca się siatka z milionem par chodaków starszej góralki nie doprowadziła pilota do szewskiej pasji lub jak się zachować, gdy turystka ma ochotę spędzić noc w jego pokoju? O tym wszystkim dowiedziałam się z książki Bartka Bernabiuka o dość osobliwym tytule: „Obrońcy Huragandy”. Bartek zgodził się na wywiad, w którym opowiedział mi o swoich początkach, pracy pilota oraz najróżniejszych sytuacjach, z którymi się zetknął.

J: Jak to się stało, że zacząłeś podróżować? Co było motywacją?

B: Duży wpływ na decyzję miał mój tata, który związany był z branżą wojskową. Następnie poszedł w nieco innym kierunku – rozpoczął pracę dla Playboy’a, a potem dla National Geographic. Zmiana środowiska, w którym się obracał spowodowała, że trafił nawiązał znajomości z polskimi podróżnikami. Do tej pory pamiętam, że gościliśmy u nas w domu ludzi, którzy przeżyli niewyobrażalne przygody, np. przepłynięcie  Atlantyku na pontonie. Dzięki temu, że rodzice obcowali z takimi osobami ja jako młody chłopak nie miałem żadnych ograniczeń związanych z chęcią realizacji jakichkolwiek marzeń podróżniczych. Chciałem? To jechałem. Rodzice po prostu to akceptowali.

J: Ile miałeś lat, gdy pierwszy raz wyruszyłeś w podróż?

B: Miałem 17 lat. Były to rejsy żaglowcem Zawisza Czarny. Wtedy podróże nie były tak popularne, ludzi nie mogli sobie pozwolić na zagraniczne wojaże, a młodzi ludzie nawet nie mieli pojęcia, co to jest dziekanka.

J: Jakie kraje odwiedziłeś jako pierwsze?

B: Pojechaliśmy wtedy pociągiem do Mongolii na dwa miesiące. Później była Tajlandia na stopa, wyprawa przez Atlantyk. Cały czas gdzieś wyjeżdżałem. Byłem na głodzie podróżniczym. I tak to już zostało.

Mongolia

J: A jakie były Twoje początki? Wszystko szło zgodnie z planem, czy raczej napotykałeś trudności?

B: Uważam, że fantastycznie się stało, iż zdecydowałem się na te dzikie i nieobliczalne podróże w tak młodym wieku. Wtedy człowiek zupełnie inaczej patrzy na życie, sam w sobie jest dziki, nieokiełznany i niepoukładany. Nie stara się interpretować świata tylko go przeżywa. W wypracowaniu sposobu na zrozumienie otaczającej mnie rzeczywistości, w każdym kraju innej, pomogły mi filozoficzne fragmenty książki Ediego Pyrka. To co przeżywałem, pasowało do doświadczeń autora, który wszystko opisał w swej książce. Nagle zauważyłem, że wszystko, niczym elementy układanki, wpadają na swoje miejsce i układają się w całość. Miałem poczucie, że wszedłem na drogę, na której bywają także inni ludzie. Zdałem sobie sprawę, że to, co odczuwam, jest prawdopodobnie tożsame z tym, co czują inni. To spowodowało, że zacząłem postrzegać podróżowanie jako sposób na życie.

J: To jak wyglądały Twoje początki chyba w żaden sposób nie odzwierciedla tego, jak do podróży podchodzisz obecnie?

B: Pierwsze podróże były jedną wielką przygodą. Byliśmy młodzi, niedoświadczeni, bez planu i bardzo potrzebowaliśmy szczęścia. Wtedy, podczas wyprawy do Mongolii, bez problemu wsiadałem do pociągu, łapałem stopa i walczyłem o przetrwanie na trasie. Dziś, z całym bagażem doświadczeń, miałbym w głowie wiele ograniczeń. Słysząc, że nie ma biletu na pociąg, po prostu bym to zaakceptował i zapewne szukałbym opcji przelotu. Wtedy nie mogłem sobie na to pozwolić. Kombinowałem na wszystkie możliwe strony, żeby tylko załatwić sobie transport. Trzeba było nawiązać kontakty, negocjować, znaleźć nić porozumienia z osobami, od których w danym momencie wszystko zależało. Musiałem znaleźć pana, który miał kontakty w kasach biletowych. Należało odpowiednio opłacić jego usługę, a wówczas nagle, w cudownych okolicznościach, bilety się znajdowały.

W dzisiejszych czasach, gdy podróżowanie jest powszechne i łatwe, szukamy rozwiązań tylko w obrębie dostępnych i oczywistych rozwiązań, nie wchodzimy już tak głęboko w te światy, które znajdują się jakby pod tą pierwszą powłoczką turystycznej rzeczywistości. To właśnie to przenikanie do głębszych warstw podróżowania uważam za najciekawszy element i największą wartość takich wypraw.

J: To także swego rodzaju test osobowości, wytrzymałości i umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

B: Mogę śmiało powiedzieć, że dorastałem z podróżami, które bardzo kształtowały moją osobowość, co obecnie dzieje się w o wiele mniejszym stopniu. Kiedyś wyjazdy wpływały na mój światopogląd i zachowania w 90 proc. Teraz jest inaczej. Odczuwam, że jest zupełnie odwrotnie. Myślę, że spowodowane jest to powtarzalnością doświadczeń, które napotykam na swojej drodze.  Sam fakt wyjazdu na koniec świata nic nie wnosi. Wszystkie, a przynajmniej większość sytuacji, są mi znane, wiem jak mam postępować, a przynajmniej jestem w stanie to sobie wyobrazić. Natomiast to, co kształtuje człowieka musi być nowe i nieprzewidywalne, musi wystawiać na próbę twoją spostrzegawczość. Płynny i niezakłócony przebieg wydarzeń sprawia, że działamy zgodnie z jakimś sprawdzonym schematem, zaś pojawienie się nieoczekiwanych trudności jest wyzwaniem dla ludzi, bo weryfikuje ich charakter.

PoliMetralleta

J: Jakiego rodzaju są to okoliczności?

B: Bardzo różne, m.in. sytuacje o kontekście społecznym. Wyobraź sobie, że podchodzi do naszej grupy biedne dziecko. Z początku myślisz, że każdy zareaguje tak jak Ty. Natomiast rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje to założenie. Uwierz mi, widziałem przeróżne reakcje. Jedni sięgali do kieszeni po pieniądze i po prostu rozrzucali je dzieciakom, byli tacy, którzy się obawiali, ściskali mocniej torby i plecaki. Ja nie znam odpowiedzi na to jak należy się zachować w taki położeniu , ale to jest ten moment, gdy ta wewnętrzna baza pozwoli podjąć takiej osobie odpowiednią decyzję i postąpić zgodnie ze swoimi przekonaniami.

Kiedyś nawet zostało mi zadane pytanie przez uczestniczkę wyjazdu do Botswany. Gdy zbliżaliśmy się do jednej z wiosek na ulicę wybiegły dzieciaki. Pani zadała pytanie czy te dzieci są wystarczająco biedne, by rozdać im długopisy. Zdębiałem. Nie istnieje bowiem takie pojęcie jak „wystarczająco biedny”. Jeśli czujesz, że chcesz coś zrobić lub zachować się określony sposób, po prostu to robisz. Nie ma konkretnej zasady. Przychodzi taki moment, że masz świadomość, iż wszystko zależy od twojego stanu umysłu w danej chwili. To od ciebie będzie zależeć, czy będziesz w stanie właściwe zareagować czy może raczej jesteś zblokowana i w podróż zabrałaś swe ograniczenia, frustracje, problemy, trudne relacje, które ujawniają się w każdej napotkanej sytuacji.

J: Jak to się stało, że wolny łowca przygód postanowił podróżować w określony sposób i w dodatku z grupą?!

B: Sądzę, że pierwszy raz, gdy uwierzyłem, że będę wykonywać tę pracę była chwila gdy udało mi się przepłynąć na stopa Atlantyk. Wylądowałem gdzieś w Gujanie Francuskiej czy Brazylii i postanowiłem wysłać mail do wszystkich biur podróży informujący, że właśnie przepłynąłem Atlantyk i jestem gotowy do podjęcia pracy przewodnika. Odzew był ogromny, a z tymi biurami współpracowałem jeszcze przez 5-6 lat od momentu, gdy pierwszy raz zawitałem w Ameryce Południowej.

J: Mówiłeś po hiszpańsku?

B: Z początku porozumiewałem się po angielsku, a potem już po hiszpańsku. Musiałem się doszkolić. Języki bardzo pomagają w tej pracy czy też w nawiązywaniu kontaktów.

J: Czyli na początku swojej kariery pracowałeś tylko jako przewodnik za granicą, tak?

B: Nie. W zasadzie pracowałem głównie jako pilot przyjazdówek. Moimi podopiecznymi byli niemieccy emeryci, którzy kochali jazdę na rowerze i chcieli wypoczywać na Mazurach. Dowiedziałem się o tej pracy od mojego kolegi. Zgłosił się i go przyjęli. Powiedział mi, że to super oferta. Za jego namową poszedłem na kurs, choć do końca nie wiedziałem, co ja tam właściwie robię. Zastanawiałem się niejednokrotnie co ja z tymi starszymi ludźmi będę robić, czy kondycyjnie i zdrowotnie będą w stanie podołać wyprawom rowerowym. Bardzo szybko rzeczywistość zweryfikowała moje wątpliwości. Emeryci nie dość, że byli wysportowani to w dodatku mieli zadziwiającą pogodę ducha i ogromne pokłady energii. Okazało się, że dobrze się bawię w ich towarzystwie, że pozytywnie mnie to nakręca i motywuje do pracy, także przez kolejne 7 lat jeździłem na Mazury, by pozasuwać na rowerach z emerytowanymi sąsiadami zza zachodniej granicy.

Po drodze pojawiały się także wyjazdy trampingowe – szalone i pełne przygód – potem zaś starano się mnie usadzić w biurze. Nawet na chwilę się zgodziłem. Niestety na dłuższą metę nie byłem w stanie tego zaakceptować. Pomimo tego, że praca inna niż pełnienie funkcji finansisty czy lekarza w narzuconym wymiarze godzin, może być uznawana przez ogół społeczeństwa jako życiowe niepowodzenie, ja osobiście nie byłem w stanie odnaleźć się w takim zawodzie.

Moje uczucie było potęgowane też środowiskiem studenckim w jakim się obracałem.  Studiowałem na SGH i widziałem falę ludzi, którzy w 3 lata zrobili absolutoria, zaczynali drugie studia lub swą błyskotliwą karierę w Wielkiej Piątce Konsultingowej. Byłem jednym z nich. Pamiętam jak dziś pytanie na egzaminie: „Czy chciałby pan pracować w banku w departamencie podatków?”. Powiedziałem, że NIE!

Od tego wydarzenia minął rok, gdy na jednym wyjeździe incentive, prezes pewnego banku zapytał mnie czy nie chciałbym wykonywać mojej pracy tyle, że w banku. Zastanawiałem się jak to możliwe. Jeździć po świecie w banku? Okazało się, że można! Zacząłem zatem pracę nad różnymi projektami w tej instytucji mając jednocześnie 100 dni rocznie spędzonych poza granicami kraju.

J: Rozumiem, że nadal wyjeżdżasz i nikt nie trzyma Cię za biurkiem…

B: Tak. Ostatnio wróciłem z Australii. Było mi trochę trudno, bowiem nie przygotowywałem mojego wyjazdu, tylko odtwarzałem czyjś program i siłą rzeczy się trochę złościłem. Chciałem to zrobić inaczej, co też uważam, lepiej pasowałoby do grupy. Dlatego cieszę się niezmiernie, gdy mogę być jednocześnie przewodnikiem i organizatorem wycieczki, bowiem jestem w stanie odpowiednio ją dopasować do potrzeb grupy.

J: Podróż z grupą. To nie jest łatwe zadanie. W Twojej książce „Obrońcy Huragandy” zaciekawiły mnie Twoje obserwacje dotyczące grupy, a także konkretnych typów osobowości, które tę grupę współtworzą. Osoba kontrolująca/leader, mądrala, tacy, którzy są wiecznie na „nie” no i ci, którzy wymagają opieki. Ile zajmuje Ci zidentyfikowanie takich osób? Czy wystarczy pierwszy rzut oka i już wiesz, czy musisz przeniknąć głębiej w strukturę grupy?

B: Oczywiście to troszkę zajmuje. Jedni potrzebują więcej czasu, żeby się otworzyć, a inni robią to od razu. Niemniej układ zależności i osobowości w grupie jest bardzo powtarzalny. Myślę, że podstawowe typy wychwytuje się w kilka sekund lub minut. Niemniej trzeba być bardzo ostrożnym, czy nikogo się nie pominęło.

J: Jak sobie z tym radzisz?

B: Można obrać różne strategie, ale ja zazwyczaj zawieram pakt z najsilniejszymi. Nie wolno im wchodzić w paradę, należy dawać im swobodę i przestrzeń. Wychodzę z założenia, że warto im dać możliwość, żeby sobie porządzili i mieli okazję obnażyć swoje ego. Ja też nie mam autorytatywnego sposobu prowadzenia takich imprez (tj. wycieczek). Nie przeszkadza mi, gdy ktoś chce podejść i pogadać przez mikrofon czy zaproponuje jakieś wyjście na miasto. Przez wiele lat utwierdziłem się w przekonaniu, że to właśnie ludzie tworzą klimat. Chcę, aby moja grupa czuła się bezpiecznie w swoim towarzystwie. Tępię często różne zachowania uczestników, np. publikowanie wszystkiego, co się dzieje na portalach społecznościowych. Ludzie nie zdają sobie czasem sprawy, że opublikowanym zdjęciem czy wpisem mogą komuś zaszkodzić lub po prostu wyrządzić krzywdę. Wrzucając głupią fotografię można na serio zrobić dużo zamieszania. Zatem takie wynalazki jak Twitter czy Facebook są u mnie na czarnej liście pakietu bezpieczeństwa jaki chcę zaoferować członkom grupy.

Poza tym chcę ich zachęcić by dbali o siebie, zwracali uwagę na pozostałych. Nie chcę cały czas im matkować i pytać czy ktoś jest, czy kogoś brakuje. Moim celem jest wprowadzenie takich zasad i zwyczajów, że grupa sama zacznie się troszczyć o pozostałych kompanów. To ja ich pytam czy wszyscy są, a nie oni mnie. Do tego luz, dbanie o własne bezpieczeństwo, a także  brak konieczności wytężonego myślenia. Staram się im zapewnić taki komfort podczas wyjazdu. Po to w końcu się tutaj znaleźli.

J: Czyli nie zawsze jest siwy dym?

B: To różnie bywa. Uważać trzeba oczywiście na osoby marudne lub takie, które buntują grupę albo starają się też zburzyć wizerunek przewodnika. Jeśli zadrze się z takim człowiekiem i zacznie się przysłowiowe darcie kotów, to grupa straci dobry humor, zabawę, pojawi się napięcie. Całkowicie bez sensu. Można takiego człowieka stłumić, ale nie na tym to polega. Energię takich ludzi trzeba wykorzystać w jak najlepszy sposób. By to osiągnąć, należy takiego człowieka zauważyć, docenić, pokazać, że się liczę z jego zdaniem. Uwierz mi, taki typ osobowości znajdzie się w każdej grupie. Nawet w grupach emeryckich. Miałem kiedyś taką sytuację, że ktoś wyciągnął śpiewniki, rozdał je pasażerom i zażądał śpiewania piosenek przez całą trasę intonując tak, iż nie byłem w stanie mówić przez mikrofon. Nie śmiej się, tacy ludzie istnieją! Co więcej, są skarbem przewodnika. Przecież taki człowiek zajmuje ci w trasie dobre dwie godziny, czym pomaga ci w robocie. Przecież inaczej to ja musiałbym się pocić i animować turystów.

J: Czyli silne osobowości w zasadzie działają tylko i wyłącznie na korzyść.

B: Nie zawsze jest tak. Są też silne jednostki o niszczycielskim wpływie. Podburzają grupę, kwestionują program i wszystko to, co powie przewodnik. Swoim zachowaniem niszczą cały wyjazd. Wówczas odbywam z taką osobą rozmowę w cztery oczy. Wypytuję o oczekiwania i ewentualne sugestie. Daję takiej osobie do zrozumienia, że ma silną osobowość, a jednocześnie proszę o jego wsparcie w uczynieniu tego wyjazdu jak najlepszym.

Natomiast inaczej rozgrywa się sprawę, gdy w grupie mamy pracowników i ich szefa. Wtedy relacje zawodowe trzeba także wdrożyć w grupie. Nawet tutaj szef będzie najważniejszy. W końcu wyjazd musi podobać się przede wszystkim jemu, bo to on płaci za taką atrakcję. 

J: Jak się kończą takie rozmowy? Czy to w ogóle zdaje egzamin?

B: Tak. No chyba, że trafi się jakiś bardzo uparty człowiek, jeden z tych balangowiczów, do którego nic nie dociera, bo najzwyczajniej w świecie jest cały czas nawalony. Bojkotuje wszystko zanim zdążysz się jeszcze odezwać. Na szczęście nie miałem nigdy do czynienia z taką osobą.

J: Zanim zdobyłeś odpowiednie doświadczenie pewnie trochę Ci to zajęło by przypisać ludziom konkretne typy osobowościowe. Jakie były skutki takiej niewiedzy?

B: Bywało różnie, ale zawsze kolorowo. Najgorzej jest jeśli przewodnik stara się dostosować do wszystkich. Wtedy do gry wchodzi manipulacja. Grupa czuje, że ma przewagę.

Do tej pory wspominam jeden z moich pierwszych wyjazdów trampingowych. Była to czterdziestodniowa wyprawa do Ameryki Południowej, gdzie w grupie miałem po prostu mix społeczny. Pojechało ze mną dokładnie 10 osób. Dwie babcie – jedna z olbrzymim majątkiem, który chciała roztrwonić, bo nie lubiła swoich wnuków. Był to nie lada wyczyn, bowiem kobieta była bardzo skąpa. Druga babcia – góralka w sędziwym wieku, która miała jakieś dziwne napady. Potrafiła w nocy obudzić babcię nr 1 skacząc na jej łóżku i rzucając soczystymi epitetami wykrzykiwała do towarzyszki, że powinna jej oddać w końcu 5 dolarów. Grupa okraszona była kilkoma malkontentami oraz typowymi backpackersami, którzy non-stop się licytowali, kto co widział i co jest piękniejsze. Nie powstrzymali się także od parokrotnej zmiany wyjazdu w koszmar. Cały czas chcieli robić wszystko najtaniej, a najlepiej za darmo. Oczywiście, by osiągnąć swój cel zabrali na wyjazd plecak prowiantu w postaci pokruszonych czekoladowych batoników. Taka mieszanka osób sprawiła, że bez doświadczenia i wypracowanego zmysłu obserwacyjnego zwątpiłem.

J: Skąd wynikają napięcia pomiędzy grupą, a przewodnikiem?

B: Przyczyny są różne, ale te które ujawniają się już na wstępie to choćby fakt, że podróżujący w ogóle nie zapoznali się z programem czy ofertą, którą wykupili. Stąd wynikają roszczenia, które zupełnie nie powinny mieć miejsca. Wyobraź sobie do jakiej afery może doprowadzić to, że pościel jest nieprzyjemna w dotyku lub zbytnio wyprasowana. Właśnie bardzo często zdarza się, że uczestnicy czują się zawiedzeni i sfrustrowani tak nieistotną kwestią. Dzieje się to zwłaszcza na wyjazdach do miejsc, gdzie standard wszystkich usług odbiega od tego, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni.  Wysoka temperatura, zmiana klimatu, zmęczenie  i przyzwyczajenia dają się po prostu we znaki. Są tacy też, którzy żerują na każdym drobnym błędzie przewodnika. Specjalnie udają niezadowolenie, bowiem wiedzą, że zgodnie z przepisami będą mogli żądać odszkodowania, a tym samym wyłudzić spore odszkodowanie.

J: Nie wierzę!

B: Tak! Istnieje coś takiego jak Tabela Frankfurcka, która definiuje sytuacje, które nie powinny mieć miejsca podczas wyjazdu, tj. braki w realizacji planu wycieczki czy złe zachowanie przewodnika. Możesz wierzyć lub nie, ale ludzie mają to bardzo dobrze opracowane. Bardzo często podczas wyjazdu tacy ludzie chcą zmienić program. Oczywiście jest to możliwe, zakładając, że zbiorę podpisy wszystkich uczestników, że wyrażają na to zgodę i mają świadomość, że rezygnują z danej atrakcji. Przyznam ci się, że czasami sam miałem ochotę wprowadzić jakąś zmianę, bo widziałem, że ludzie są zmęczeni, ale niestety, dla własnego dobra i bezpieczeństwa trzymałem się wytycznych.

J: Nigdy w życiu nie sądziłam, że ludzie mogą posunąć się do takich rozwiązań. To pewnie takie historie wpłynęły na Twoją decyzję o napisaniu książki?

B: Poniekąd tak, ale główne powody były zgoła inne. Przede wszystkim chciałem zbudować most, który połączyłby turystę z przewodnikiem. Chciałem, żeby turyści mieli świadomość jak wygląda taka praca, ile siły i energii kosztuje ona osobę, która ją wykonuje, a także jakie możliwości ma przewodnik i na ile może sobie pozwolić będąc w konkretnym kraju i realizując program wyjazdu.

Po drugie chciałem obalić bardzo często powtarzane stwierdzenie. Ludzie mają w zwyczaju mówić „Ja to jadę na tę prawdziwą Dominikanę, a nie tam do hotelu!”. Co to znaczy ta prawdziwa Dominikana? Czyli co? Ludzie, którzy pracują w tym resorcie są nieprawdziwi, z plastiku? Często dzieje się tak, że przyjeżdża taki turysta do hotelu i już na wstępie ochrzani recepcjonistę, nawymyśla kelnerowi, wszystkich ma w nosie i wyrusza dziarskim krokiem na miasto. Bo w końcu on przyjechał poznawać PRAWDZIWY kraj. Ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że pan recepcjonista, który dostał od niego przed chwilą burę jest właśnie tym samym facetem, którego może spotkać zaraz na ulicy. Tyle, że bez oficjalnego uniformu i możliwości zaproponowania swoich usług. Oczywiście nie mówię, że takie sytuacje, gdzie tubylcy zapraszają cię do siebie do domu czy opowiadają historię życia się nie zdarzają. Ogromna część, a właściwie nawet 90 proc. kontaktów z ludźmi sprowadza się do osób pracujących w obsłudze turystycznej i naprawdę niewiele trzeba, by te relacje były przyjemne, a nawet wartościowe. Jeden uśmiech na recepcji, jedno miłe zdanie w zupełności wystarczą.

W Australii jest taki zwyczaj by w autokarze, po zakończonej trasie podziękować kierowcy i bić mu brawo. To taki element savoir-vivru turystycznego, gdzie nie do końca czujemy się z tym dobrze, ale jednocześnie nie zastosowanie się do tego zwyczaju mogłoby obrazić kierowcę i spowodować niezręczną sytuację. Zadaniem przewodnika jest zbliżenie do siebie dwóch światów, które początkowo są wzajemnie dla siebie niezrozumiałe. 

Uświadomiłem sobie, że bardzo duży wpływ na rynek turystyki mają obecnie Azjaci. Ci, którzy nie mają okazji podróżować po miejscach, które są dla nich popularne, nie wiedzą, na jaką skalę jest to zjawisko. W celu przybliżenia rozpiętości tego zjawiska wyobraź sobie, że co roku do samolotu po raz pierwszy w życiu wsiada ponad milion Chińczyków. Tych turystów już nie liczy się w jednostkach, a w samolotach! Podróżowanie jest modne tak jak posiadanie mercedesa. Trzeba to mieć!

J: Czyli podróżowanie najzwyczajniej przestało być formą edukacji i sprawdzania swej osobowości. Jest to po prostu trend naszych czasów.

B: Niestety tak jest. Wiele miejsc w zasadzie nie ma nic do zaoferowania. To po prostu rozbudowana infrastruktura i zintensyfikowany marketing sprawiają, że dowiadujemy się o nim i chcemy tam pojechać. Rzadziej zdarza się, że jest to nasz świadomy wybór, że faktycznie odkryliśmy coś fascynującego w danym mieście czy kraju. To bardziej takie narzucone przez marketingowców MUST BE.

J: Czy Polska może być atrakcją dla turystów?

B: Wszystko jest kwestią marketingu. Żeby ktoś chciał ruszyć tyłek w Bieszczady to trzeba tam wybudować w okolicy lotnisko, a wokół postawić kilka luksusowych hoteli. Racja, wtedy nie są to już te nasze Bieszczady, ale będą się dobrze sprzedawać. Potrzeba zainwestować ogromne pieniądze by zrobić z tego miejsca coś, czego ludzie chcą i pożądają. No i dobra infrastruktura to także klucz do sukcesu. Bez tego ani rusz. W dobie, gdzie do Krakowa z Warszawy lata się już samolotem, mając do wyboru jazdę pięciogodzinną lub lot pięciogodzinny, Bieszczady przestają być konkurencją dla jakiegokolwiek innego miejsca poza granicami kraju, gdzie leci się 5 godzin lub mniej.

Oczywiście będzie grono wiernych fanów tych gór, np. starsi Niemcy, którzy cenią sobie przyrodę i spokój.

J: Koncepcja turysty – jaka była kiedyś, a jaka jest teraz?

B: Zasadniczą różnicą jest umiejętność poruszania się. Kiedyś ludzie nie znali języka, dziś potrafią się dogadać. Poza tym „ogólnodostępność” podróżowania. Kilkanaście lat temu gdy jechałem z grupą na wycieczkę był ich to pierwszy lub trzeci wyjazd zagraniczny. Dziś ludzie podróżują często, zatem jeśli mam grupę mogę trafić na kogoś, kto zwiedziły tyle co ja, jeśli nie więcej. Coraz częściej widzę, że turyści są lepiej zaznajomieni z podstawowymi informacjami o miejscu, do którego się udają. Już nie zaskoczysz grupy ciekawostką, o najdłuższej drodze w kraju, bo to zdążyli już przeczytać na portalach internetowych 7 razy. Obecnie daty i statystki się już nie sprzedają. Zaskoczysz ich za to głęboką wiedzą i dobrą opowieścią. W ogóle obrałem sobie mój własny kierunek w tworzeniu takich wypowiedzi, które zwykle oparte są o jakiś element, który pozwala im zrozumieć świat. Ludzie mają teraz ogromny zasób informacji, a taka opowieść w moim wykonaniu może pomóc im je ze sobą poskładać. Dlatego bardziej skupiam się na motywach i założeniach pewnych wypraw niż na ich przebiegu czy konkretnych datach i numerkach.

J: Wymaga to od przewodnika solidnego przygotowania. Nie wystarczy rzucić suchą informacją o dacie i statystykach, tylko trzeba się nieźle nagimnastykować, by zaciekawić słuchacza.

B: Tak właśnie jest. Turystyka to dość szeroka dziedzina. Swym zakresem obejmuje po prostu wszystko – historię, architekturę, sztukę, muzykę, wiedzę o społeczeństwie, wiedzę o kulturze, wiadomości na temat ekonomii i polityki. To wymaga ciągłego pogłębiania wiedzy, czytania, selekcjonowania informacji oraz szacowania czy będą one dla grupy interesujące. Poza tym trzeba takie wiadomości wciąż sprawdzać – w końcu teraz wszystko się bardzo szybko zmienia.

Kiedyś było inaczej. Turyści kupowali wszystko, co powiedział im przewodnik. Gdy była konieczność nagłej zmiany noclegu, można było to uczynić niespostrzeżenie, opowiadając historię o zgubieniu drogi. Dziś? Zapomnij! Ludzie od razu wiedzą, że jadą nie w tym kierunku, bo całą trasę śledzą z nawigacją. Na lotniskach zdarzają się przypadki, że wiedzą lepiej niż przewodnik gdzie mogą zjeść, kupić i zrobić siku, bo sprawdzili sobie w Internecie. Nie jesteś po prostu w stanie wiedzieć wszystkiego lepiej niż oni. To wymaga od przewodnika pewnej pokory – nie może udawać wielkiego odkrywcy z kapeluszem ze skóry krokodyla na głowie. Musi dać uczestnikom wyjazdu poczucie, że nie jest omnibusem, a ich wiedza jest też przydatna.

J: Czy zdarza Ci się paść ofiarą psikusów podczas wyjazdów?

B: Ależ oczywiście! Każda okazja jest dobra, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi wrzucenie do wody. Już nie raz lądowałem w basenie z materacem. W zasadzie nie mam nic przeciwko, jeśli zdążyliśmy się polubić i nie wykracza to poza konwencję wzajemnego szacunku. Jeśli zaś ktoś przekracza pewne granice, wtedy trzeba walczyć. Naturalnie każdą sytuację można rozpatrywać indywidualnie. Nie ma uniwersalnego przykładu.

J: Najlepszy żart jaki pamiętasz?

B: Na rejsie wkręcono mojego kolegę przewodnika. Muszę zaznaczyć na wstępie, że facet jest bardzo, ale to bardzo inteligentny. Kilkanaście lat temu, gdy wypłynął w rejs po Zatoce Biskajskiej został zatrzymany i bardzo dokładnie przeszukany przez jednostki francuskie. Stres, który przeszedł sprawił, że zapamiętał to wydarzenie do końca życia. Następnie wybrał się ponownie w rejs, z inną już grupą, która włączyła mu się do radiostacji. Zakomunikowali, że są ze straży francuskiej i zaczęli zadawać wnikliwe pytania. Prosili o podanie liczby osób na pokładzie, o przeliterowanie nazwisk wszystkich członków załogi (było 30 czy 40 osób!), a także zapytali czy są jakieś zwierzęta na pokładzie. Pilot z pewnością w głosie oznajmił, że nie ma żadnego zwierzęcia na statku, zaś strażnicy uparcie twierdzili, iż mają sygnał GPSowy, że na pokładzie znajduje się gołąb pocztowy, który jest w posiadaniu tajnej wiadomości. Pilot zaangażował całą załogę w szukanie tego gołębia. Szukano wszędzie! Nawet u kucharza w garnku. Wyobrażasz to sobie, chodzi zdenerwowany facet i krzyczy do wszystkich, żeby znaleźli gołębia, bo w przeciwnym razie będą kłopoty!

Żarty są na porządku dziennym i nie działają tylko w jedną stronę. Ja też się odwdzięczam. Jeśli się ktoś spóźnia to każę kierowcy odjechać takiemu delikwentowi tuż sprzed nosem. Ten w rozpaczy biegnie za autokarem i ostatecznie odpuszcza. Kierowca objeżdża hotel i zawraca pojazd pod wejście, żeby go zabrać. Taka mała nauczka :D

J: Bartku, w książce wspominałeś, że bardzo często organizujecie wyjazdy dla ważnych osobistości, prezesów, managerów wysokiego szczebla? Jak wyglądają takie wyjazdy? Czym się różnią od takich przeciętnych wyjazdów? Czy wiele jest konfliktów?

B: Wbrew pozorom nie. Ludzie, którzy decydują się na taki wyjazd znajdują podobnych sobie, czyli takich, którzy również chcą coś przeżyć. Wiedzą, iż jednego dnia będą nocować w luksusowym hotelu, gdzie doba kosztuje krocie, zaś następnego będą spać w namiocie. Wydaje mi się, że elastyczność, która jest wymagana, by w ogóle wyrazić zgodę na taki wyjazd sprawia też, że te osoby, które mają rozdmuchane ego po prostu się na takich wyjazdach nie pojawiają.

J: To o czym tacy ludzie rozmawiają ze sobą? O ile w ogóle rozmawiają.

B: Najczęściej rozmawiają o interesach, pracy, o zdrowiu, rodzinie, przyjaźni. Schodzą na tematy, których nie mogą poruszać z innymi na co dzień. Problem i bolesna prawda wysokich stanowisk polega na tym, że osiągając sukces i wskakując na pewien poziom, z racji różnic finansowych, taki biznesmen powoli traci swoich prawdziwych przyjaciół, których zdobył wcześniej, zanim jeszcze stał się kimś ważnym i podziwianym. Nie oszukujmy się, ale kogo z przeciętnych ludzi stać na wyjazd dwutygodniowy za 10 tys. złotych? Taki człowiek zmuszony jest do stworzenia sobie nowego grona znajomych, którzy będą podobni do niego, których będzie stać na luksus. Niestety te znajomości są z reguły bardzo powierzchowne, czasem nieszczere. Dlatego tacy ludzie, z tego, co zauważyłem, mają potrzebę tworzenia więzi z innymi, poszukują ciepła i szczerości, które gdzieś tam w wirze codziennych obowiązków, po prostu zniknęły. Właśnie dlatego bardzo dobrze wspominam wycieczki z tymi osobami,  a wszelkie mity, które krążą wokół tego typu wyjazdów, po prostu się nie sprawdzają.

J: Jak wyglądają relacje miedzy takimi osobistościami, a przewodnikiem?

B: Przede wszystkim należy zaznaczyć, że są to ludzie, którzy wiedzą czego chcą, dlatego nigdy, ale to przenigdy nie należy twierdzić, że wie się wszystko lepiej od nich. Trzeba szukać rozwiązań dla ich pomysłów, natomiast gdy zaproponują coś nierealnego, wówczas należy im to w bardzo konkretny i rzeczowy sposób wytłumaczyć. Oni nie przyjmują do wiadomości, że czegoś nie można zrobić, że coś jest za daleko. Trzeba sprawdzić wszystkie możliwe opcje i rozwiązania, bo oni z pewnością je podsuną. Zatem np. zanim wyślę im ofertę hotelu, a wiem, że ktoś uwielbia palić cygara to sprawdzę wszystkie hotele, by znaleźć taki, gdzie będzie mógł zapalić cygaro w pokoju.

J: Czy są wyjazdy z góry skazane na niepowodzenie?

B: Tak, jeśli połączy się słaby program z brakiem energii w grupie. Ludzie i tak są w stanie wygenerować entuzjazm i zadowolenie z wyjazdu, gdy opowiadają o tym swoim znajomym. Natomiast jeśli nie ma ani jednego ani drugiego to po prostu mamy podróż autokarem, ludzie cykają zdjęcia i tyle się dzieje. Dla niektórych może być to w porządku, ale dla mnie jest to słabe. Nie chcę brać udziału w takich wycieczkach. Chcę czegoś co iskrzy, żyje.

J: Dlaczego zakupy są tak ważne?

B: Nadal próbuję zgłębić ten fenomen. Wyjazd bez zakupów jest byle jaki. Myślę, że kiedyś szał zakupowy był spowodowany tym, że u nas w kraju nie można było nic kupić. Obecnie jest to raczej wynik chęci obdarowania znajomych jakimiś upominkami – magnesy, kubki czy breloczki. Z drugiej strony ludzie są coraz bogatsi i coś z tą kasą muszą robić. Zdarza się też, że ludzie na targu w Indiach narobią zakupów i już w autokarze, 20 minut później zdają sobie spraw,  że to do niczego nie jest im potrzebne i jeszcze na parkingu rozdają je miejscowym, którzy pewnie zaraz odsprzedadzą je właścicielom straganów.

Wounds and Cracks

J: Jakie są trendy wakacyjne na ten rok?

B: Trudne pytanie bo nie poruszam się tak dobrze w temacie masowych wycieczek. Mogę jednak wypowiedzieć się o dalszych wycieczkach. Z pewnością widać mocno wzrost popularności Azji – Tajlandii, Sri Lanki i Birmy, bowiem linie the Emirates i Quatar stworzyły sieć częstych i korzystnych połączeń w tamte strony. Ceny także spadają, więc można kupić bilet całkiem tanio. Myślę, że teraz będzie większe zainteresowanie Iranem. Jeśli nie dojdzie do konfliktu zbrojnego, to wybieram się tam na wyjazd połączony z jazdą na nartach - koło Teheranu są piękne góry i fajne stoki. Dobrze wróży także Australia i Nowa Zelandia, do których otwierane są coraz to nowsze połączenia. Poza ty, zauważyłem też wzrost zainteresowania takimi kierunkami jak Vanuatu czy Samoa, ale to wymaga większych nakładów finansowych i wyobraźni.

Tpsdave / Samoa

Rozmawiała Joanna Osicka


Podziel się!
Oceń ten post: 2  

 

Zobacz jeszcze

Festiwalowe święto życia!

KARNAWAŁ W RIO DE JANEIRO- jedno z najsłynniejszych wydarzeń taneczno-muzycznych, na które ściągają setki tysięcy ...

Gwadelupa, wyspa podrywaczy

Plaże, szum fal, słońce, dobre jedzenie i jeszcze lepsza zabawa – taką Gwadelupę znamy z opowieści ...

Australia oczami Gosi

Miejsce, gdzie dwóch policjantów jest w stanie zapanować nad kilkusetosobowym tłumem. Kraina, gdzie ludzie w ...

La Città Eterna

La Città Eterna...tym mianem określany jest Rzym. Wieczne miasto. Niezwyciężone, dumne, pełne chawły i ...

Seszele - jak zobaczyć ...

Wyobraź sobie wakacje, podczas których możesz nieustannie wygrzewać się na słońcu, a oceaniczna bryza skutecznie ...

Nie ma życia bez ...

Zima. -30 stopni. Najwyższe szczyty świata wznoszą się majestatycznie nad ziemią. Każdemu śmiałkowi dają jasno ...

VANITY FAIR – palmowy ...

Po latynoskich ekscesach zapragnęłyśmy spróbować „normalnego” imprezowania. Chciałyśmy zobaczyć jak to się odbywa w popularnym ...

Kuba - w krainie ...

Kuba to coś więcej niż piękne widoki i wieczorne dancingi na hotelowym parkiecie. Jaka jest ...

Palma de Mallorca - ...

Gdy ostatecznie dotarłyśmy na upragnioną Carrer de la Carnisseria i wdrapałyśmy się na pierwsze piętro ...

Angolska ropa, czyli rodzinny ...

Angola przeżywa gwałtowny rozkwit. Jest jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie. – A wszystko ...

Madryt, czyli życie zgodnie ...

Czy kilka dni w stolicy Hiszpanii może wyglądać na prawdziwe „życie jak w Madrycie”? Pojechałam ...

Kolumbia - jaka jest ...

Przechadzając się ulicami nie zdziwmy się jeśli ktoś nagle zaprosi nas na kawę czy zapyta ...

Majówka w Lizbonie

Lizbona. Moja miłość od pierwszego wejrzenia. Nie spodziewałam się, że jeszcze przyjdzie mi ją odwiedzić ...

Reality of Today's Africa ...

The second part of the interview with Piotr Smirnow is mostly focused on the difficulties ...

Azerbejdżan - tam gdzie ...

Uprzedzenia i niechęć zamieniły się w sympatię i podziw dla piękna architektury, uprzejmych ludzi oraz ...

Dżungla Amazońska - natura ...

Dżungla to dla jednych miejsce fascynujące, gdzie można zgłębić kulturę i obyczajowość dzikich plemion, dla ...

Norwegia- tu nie ma ...

Fiordy, natura, porywczy wiatr, zorze polarne. Norwegia w pełnej okazałości! 6 miesięcy obserwacji i codziennego ...

Palma de Mallorca – ...

Jak sama nazwa wskazuje na urlopie spędzanym w tym miejscu nie można zachowywać się normalnie ...

Wyprawa na jezioro Bajkał

Jedna wyprawa do Rosji i dwie formy wypoczynku. Typowa turystyka w Moskwie i Petersburgu oraz ...

Karaibski Dr Jackyll i ...

Jak wszystkie wyspy w rejonie Morza Karaibskiego tak i Trynidad i Tobago odznaczają się niebywałym ...

Nigeria - a country ...

Juicy spanks for a disobedient child. Unshaken belief in oneself and high level of self-confidence ...

Nigeria - kraj, w ...

Soczyste lanie dla niesfornego malucha. Przekonanie o własnej wartości i niezłomna pewność siebie. Zamiłowanie do ...

Kuwejt skontroluje Twoje DNA

Już nie tylko zdjęcie. Już nie tylko odciski palców. Kuwejt staje się właśnie pierwszym na ...

Kolonia - świat gier ...

Dla mnie Kolonia to nie tylko gotycka katedra, uroczy brzeg Renu i łakocie firmy Lindt ...

Wspomnienia z Dominikany

Jedną z pierwszych osób, którą zdecydowałam się podpytać o zagraniczne podróże był mój dobry przyjaciel ...

Majorka - wyspa na ...

Majorka, podobnie jak jej siostra Ibiza słyną z hucznych zabaw ostro zakrapianych alkoholem. Piękne plaże ...

Zakochaj się w Lizbonie

Lizbona to miasto cudów i tego, co większości nas w życiu brakuje - luzu i dystansu ...

Tanzania - kraj kontrastów

Tanzania jeden z tych afrykańskich krajów, do których turyści mogą śmiało podróżować. Ja nigdy nie ...

Komentarze


Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy.

Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe