POLUB NAS

Skitury trzeba zostawić w górach...

Narty hobby Wywiad

Lut 15, 2016, 08:18 0 2 Narty

 
O sprzęcie narciarskim używanym podczas wypraw polarnych z Rafałem Królem rozmawia Piotr Bernacki. Rafał Król jest podróżnikiem i polarnikiem, twórcą serwisu internetowego www.expeditions.pl; współpracuje z National Geographic Polska, Men’s Health, LOGO; jest projektantem i testerem sprzętu używanego w ekstremalnych warunkach, ekspertem w dziedzinie survivalu i bezpieczeństwa outdoorowego. Organizuje także szkolenia dla podróżników (od speleologii do survivalu i od obozów wędrownych do skialpinizmu).

O sprzęcie narciarskim używanym podczas wypraw polarnych z Rafałem Królem rozmawia Piotr Bernacki. Rafał Król jest podróżnikiem i polarnikiem, twórcą serwisu internetowego www.expeditions.pl; współpracuje z National Geographic Polska, Men’s Health, LOGO; jest projektantem i testerem sprzętu używanego w ekstremalnych warunkach, ekspertem w dziedzinie survivalu i bezpieczeństwa outdoorowego. Organizuje także szkolenia dla podróżników (od speleologii do survivalu i od obozów wędrownych do skialpinizmu).

Piotr Bernacki: Rafał, zrobiłeś trawers Grenlandii, zimowy trawers Islandii, Spitsbergen, płaskowyż Hardangervidda, wszystko w skrajnie nieprzyjaznych, mroźnych i śnieżnych warunkach. Poruszanie się bez nart czy rakiet jest tam praktycznie niemożliwe. Jakiego typu sprzętu używasz podczas wypraw polarnych? Jakiego typu narty preferujesz, czy masz jakiś model lub markę, którym jesteś wierny od lat?

Rafał Król: Nigdy nie chodzi o preferencje marki. Każdy kto ma klapki na oczach i jest wyznawcą jednej marki mocno się ogranicza. W ekspedycjach od sprzętu zależy nie tylko spory budżet wyprawy i miesiące przygotowań, ale również moje życie. Byłoby mało rozsądne trzymać się ulubionej marki, jeżeli konkurencyjna firma wyprodukowała coś lepszego. Na wyprawach polarnych używa się… Albo odpowiem inaczej: powiem po prostu, jakie cechy musi mieć sprzęt.

Wiązanie super Telemark z kablem gdy jest – 40oC również działa

I tak, narty powinny mieć łuskę i stalową krawędź – idealnie przy tym, jeżeli są okute na całej długości, bo okuty dziób nie rozwali się na torosach, czyli lodowych krach, a okuty tył idealnie posłuży jako dodatkowy punkt odciągowy do namiotu. Powinny być dłuższe o 10-15cm od naszego wzrostu i nie powinny być taliowane. Generalnie: takie pancerne backcountry. Do tego wiązania, które zapewniają swobodną piętę, ale i – to bardzo ważne – możliwość zgięcia stopy w śródstopiu. Jest kilka klasycznych nart, na przykład Fischer E99 Crown, Salomon X-ADV 89 GRIP czy podobne modele Madshus. Ale i ten rynek nart się zmienia, a narty są coraz częściej są krótsze i szersze oraz bardziej przypominają skitourowe. Idealnym przykładem jest Madshus Annum. Nie jest to sprzęt popularny i łatwo dostępny, ale wszystkie „dziwne” wiązania i narty można w Polsce zamówić i zmontować w Sklepie Podróżnika.

PB: Jakich wiązań używasz? Czy istnieje system wiązań, który jest totalnie niezawodny, nawet w skrajnie niskich temperaturach?

RK: Od zawsze używam wiązań typu NN75 mm. Dawniej to była domena norweskiej marki Rottefella, ale od czasu, gdy wykupili ich bodajże Austriacy, przestali produkować te wiązania. I teraz tłuką same wiązania z „belką”. Był taki model, który się nazywał Super Telemark + kabel. To były wiązania proste, lekkie i niezawodne i to z ich pomocą w latach 90. XX wieku zrobiono największe wyczyny polarne. Na szczęście jazda z wolną piętą stałą się niezwykle modna w USA i firma Voile produkuje świetne wiązania zarówno do jazdy telemarkiem, jak do człapania w ekstremalnych warunkach.

"Jest mało rozsądne trzymać się ulubionej marki, jeżeli konkurencyjna firma wyprodukowała coś lepszego."

Na ostatnich ekspedycjach używałem wiązań 3 Pin Cable. Znakomite i pancerne. Da się je założyć i zdjąć w rękawicy z jednym palcem i działają nawet gdy jest –50 stopni Celsjusza. Obecnie różne „młode” ekipy próbują używać wiązań z belką SNS czy NNN albo takich plastikowych koszyków, które przypominają wiązanie do rakiet śnieżnych i można je założyć na ocieplane kalosze i zwykłe buty. Tyle że jak się robi bardzo zimno, to one się psują. No i w tych nowoczesnych wiązaniach nie da się „zasuwać”, bo chodzi o to, żeby wiązanie pozwalało ci zrobić „grzebnięcie” jak kura pazurem. Wtedy wykorzystujesz anatomię stopy i możesz iść szybciej. Polarnik z sankami porusza się z prędkością około 2 km /h. Ale gdy grzebnięcie jest możliwe, to robi się przynajmniej 3 km/h. Z jednej strony, to 1 km/h różnicy. Z drugiej – 50 proc. szybciej. A jak można pokonać 600 km 50 proc. szybciej, to można zabrać mniej jedzenia itd.

Odpoczynek podczas słonecznego dnia.


PB: Jakich butów używasz? W końcu odmrożenia stóp są zmorą wielu wypraw polarnych czy wysokogórskich. Jakich butów i skarpet używać w tak niskich temperaturach, aby zachować przynajmniej minimum komfortu?

RK: Buty muszą być miękkie, ciepłe i wygodne. Ale najważniejsze jest to, żeby się zginały w śródstopiu. Kluczem do termiki nie jest ilość ociepliny, ale to, czy but się zgina. Jeżeli się zgina, to będzie krążenie krwi i ciepłą krew będzie dopływać do palców i stopy. Nauczyłem się tego, gdy byłem pierwszy raz na Spitsbergenie. Grupie bodajże Włochów trzeba było amputować nie tylko palce, ale jeszcze sporo wyżej, aż do śródstopia. A mieli bardzo ciepłe buty skitourowe… But ma być ciepły, ale i miękki. Te dwa warunki najtrudniej pogodzić. W latach 80. norweska firma Alfa wyprodukowała dla Sjura Mordre (geniusza logistyki) buty Expedition. Były wzorowane na butach Amundsena z ekspedycji na Biegun Północny z 1906 r. Konstrukcja ta składa się podeszwy vibram z wejściem na NN 75 mm, do której przyszyty jest miękki sznurowany but do połowy uda. Z mocnego ortalionu, bez żadnych ocieplin. A do środka: gruba na 2 cm walonka z filcowanej wełny. Kupowało się te buty dwa numery za duże.

Trening z latawcem ciągnącym „power kite” na Zatoce Gdańskiej I to były najlepsze buty ever! Perfekcyjnie oddychały i odprowadzały wilgoć. I były miękkie jak kapcie. Tylko że od tej miękkości podeszwa łamała się już po 100 km. Więc nigdy nie zdecydowałem się zapłacić ładnych kilku tysięcy złotych za buty, w których szybko pęknie podeszwa. Ale to w tych butach wędrowali wszyscy: od Borge Ouslanda po Marka Kamińskiego. Tańszą alternatywą są buty skórzane z ociepliną lub wyjmowanym botkiem firm Garmont, Andrews, Alico czy Alfa.

PB: Co lepiej sprawdza się w warunkach dalekiej północy: łuska na ślizgu czy foki? Czy klej do fok w ogóle trzyma w temperaturach rzędu –40 stopni Celsjusza?

RK: I łuska, i foki. Jeżeli mamy ciężkie sanie, to może się nie udać ich uciągnąć na samej łusce. Zatem należy na narty szerokości 68 mm nakleić na całej długości pasek foki szerokości 38-40 mm. To pozwoli korzystać z krawędzi na oblodzonych trawersach oraz wykorzystać fokę. Fokę należy przykleić na amen na dodatkowy klej. To się nie może odkleić podczas ekspedycji choćby nie wiadomo co.

PB: Czy sprzęt skitourowy sprawdza się w warunkach polarnych?

RK: Nie. Skitoury należy zostawić w górach, gdzie mamy dostęp do schronisk. Wspominałem już, że w wiązaniach takich motorycznie nie da się „grzebnąć” nogą, a nadto przy wyprawie, w której mamy 20 noclegów w namiocie, nie ma też jak wysuszyć butów.

PB: Czy przed wyprawą smarujesz narty w jakiś specjalny sposób? Czy podczas wyprawy masz ze sobą jakiś uniwersalny, ekspresowy smar, żeby w razie czego móc nartę przesmarować?

RK: Żadnych smarów. Narty z łuską i na to pas foki. To wszystko. Nie ma czasu ani warunków na smarowania.

PB: Jak w takim razie wygląda poruszanie się na nartach z pulkami? Czy w zestawie „człowiek plus sanie” da się w ogóle sensownie zjechać?

RK: Na nartach backcountry z sankami w ogóle się nie zjeżdża, tylko się człapie. Narta umożliwia nam poruszanie się w głębokim śniegu i bezpieczne przechodzenie po cienkim lodzie i nad mostami szczelin. Jeżeli trafiamy na wzgórze, to trzeba sanie opuszczać przed sobą i zdjąć narty. Decydując się na zjazd, ryzykujemy, że sanie najadą nam na nogi i połamią piszczele. Nie warto.

Podczas stromego podejścia w zawiei


PB: Czy próbowałeś poruszać się na nartach z latawcem/snowkitem?

RK: Oczywiście. Mam kilka latawców i chętnie z nich korzystam, o ile są warunki. Tylko że to potężna siła i wcale nie tak łatwo ją okiełznać. To nie są małe latawce typu kitesurf o powierzchni dwóch metrów kwadratowych. W grę wchodzi 14 metrów kwadratowych, które mają pociągnąć mnie i sanie. Swego czasu Marek Kamiński stanął w szranki jako jeden z trzech do Trawersu Antarktydy i kiedy doszedł do Bieguna Południowego (a więc połowy trasy), to dowiedział się, że Norweg Borge Ousland już skończył. 2700 km w 67 dni. To było możliwe właśnie dzięki latawcom! Zamiast pokonywać o własnych siłach 20 km dziennie, można pokonać 200 km. Kuszące, prawda?

PB: Czy sprzęt narciarski kiedykolwiek Cię zawiódł na wyprawie? Czy z powodu awarii lub uszkodzenia sprzętu musiałeś przerwać ekspedycję?

RK: Pewnie, że tak. Zdarzało się, że pękały czuby nart i łamały się wiązania. Albo pękały narty, jak ktoś chciał oszczędzać na jakości… Ale wiązania NN75 mm można samemu naprawić, dosztukować coś nawet w skrajnych warunkach. A co zrobić z wiązaniem skitourowym ?!

PB: I na koniec: czy masz jakieś dalsze polarne plany i marzenia?

RK: W zasadzie nie mam już marzeń polarnych, bo to, co chciałbym jeszcze zrobić wymaga takiego budżetu, który jest poza zasięgiem. Więc trzeba zabrać się za coś innego. Ale wędrówka „gdzie oczy poniosą” ze wszystkim, co potrzebne zapakowanym na saniach, to zawsze wspaniała przygoda i poczucie wolności…

PB: Dzięki za rozmowę. I życzymy Ci właśnie jak najwięcej tego nieskrępowanego poczucia wolności!


Powyższy wywiad pochodzi ze skimagazyn.pl, naszym zdaniem najlepszego w Polsce portalu o nartach i narciarstwie.


Podziel się!
Oceń ten post: 2  

 

Zobacz jeszcze

Jadę na zjazd w ...

W sobotę pierwszy raz w życiu obejrzę (na żywo, a nie w telewizji) zjazd rozgrywany ...

Komentarze


Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy.

Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe