POLUB NAS

Oko cyklonu

Tajlandia Azja Robert Szablowski

Mar 10, 2016, 09:05 1 14 RobertSzablowski

 
One night in Bangkok and the world’s your oyster…

One night in Bangkok and the world’s your oyster…

Tajlandia - kraina uśmiechu i rozwiązłego seksu; ojczyzna boksu tajskiego (muay thai); arkadia transseksualistów (kathoey). Rewie, kabarety, bary go-go i salony masażu w każdej postaci. Tu można bez trudu zrealizować swoje najskrytsze marzenia i pobudzić najdziksze emocje. Życie milionów turystów i dziesiątek tysięcy ekspatów wiruje wokół tych osi.

Fot.: Aleksandr Zykov

Od wczoraj jestem na Koh Phangan, mniejszej siostrze znanej Koh Samui, około 500 km na południe od stolicy. Niewielka wyspa niemal na całym swoim obwodzie otoczona jest szczelnym wiankiem hoteli, ośrodków wczasowych, restauracji, barów, klubów i wszelkich innych przybytków, które mogą sprawić frajdę żądnym rozrywki turystom z całego świata. Wieczorem, kiedy spaceruję wzdłuż wybrzeża, cała linia brzegowa wypełniona jest intensywnym światłem i rytmicznym basowym dźwiękiem. Odbywają się tu popularne w Tajlandii szaleństwa plażowe nazywane “full moon party”, polegające na 12-godzinnym tańcu w transowym rytmie. Zaczynają się ok. 20. i kończą o 8. rano. Ze względu na duże zainteresowanie imprezami, przy których portfele dilerów ekstasy pęcznieją w okamgnieniu, organizuje się również “half moon parties”, a nawet “quarter moon parties”. Wyspa wibruje niemal co noc. Prawdziwy cyklon.Warto jednak spróbować zrozumieć, że obrazy nakreślone wyżej to nie jest prawdziwa, a przynajmniej niekompletna Tajlandia. To zaledwie jej turystyczny wizerunek, rokrocznie dający krajowi potężne wpływy dewizowe.

Chcę Wam pokazać dzisiaj fragment prawdziwego Syjamu, z pełną świadomością użycia historycznej nazwy królestwa.

Fot.: Chi King / Zachód słońca na Koh Samui

Oko cyklonu

Zaledwie kilometr od brzegu w głąb wyspy, na niewielkim wzniesieniu, znajduje się oko tego cyklonu. Oaza ciszy i medytacji - klasztor Wat Kow Tahm. Jutro zamelduję się tam i, jeśli pomyślnie przejdę rozmowę kwalifikacyjną, poddam się siedmiodniowemu odosobnieniu, które rozpocznie się pojutrze.

Poranek w Wat Kow Tahm

Odosobnienie (ang. retreat) odbywa się przy całkowitym zakazie komunikacji werbalnej i wzrokowej. Przez siedem dni nie wypowiem ani jednego słowa. Nie nawiążę kontaktu wzrokowego z żadnym innym uczestnikiem programu. Nie będę korzystał z żadnych urządzeń elektronicznych. Nie będę nic czytał ani pisał. Nie będę miał jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Będę uczestniczył w codziennych naukach dotyczących buddyzmu i medytacji. Będę medytował z użyciem różnych technik - na siedząco, stojąc lub spacerując. Uprawiając jogę. Przez tydzień zanurzę się całkowicie w kontakcie z odczuciami, emocjami, dźwiękami i obrazami, które będą we mnie i wokół mnie. Będę starał się wyłączyć przeszłość i przyszłość. Jeśli nawet będę wspominał lub projektował, to postaram się przy tych myślach nie zatrzymywać, tylko pozwolę im swobodnie odpłynąć.

Dormitorium z zewnątrz

Osią medytacji buddyjskiej jest TU i TERAZ. To mój cel. Buddyzm nie jest dla mnie religią. Nie szukam boskiej, wyciągniętej do mnie ręki. Ani tu, ani w żadnej innej religii. Nie rozważam więc zagadnień dotyczących cyklu samsary, czy boskości Buddy. Nie jestem zresztą pewien, czy On by sobie tego życzył. Buddyzm jest dla mnie oświeconą szkołą życia, głęboką filozofią, drogą terapeutyczną. Budda został oświecony, kiedy poczuł bijące serce życia, kiedy poczuł, czym jest pustka, czym jest przemijanie i jakie w związku z tym potrzebne są człowiekowi zachowania, aby uniknąć dukkhi (cierpienia) oraz osiągnąć zrozumienie i spokój. Jest więc dla mnie buddyzm odpowiedzią na poszukiwanie spokoju i przez to - szczęścia. Do tego spróbuję zbliżyć się za murami Kow Tahm.

Ziarno

W Wat Kow Tahm.

We wspólnej medytacji, w ciszy zalegającej między kilkudziesięcioma osobami jest niezwykła moc i magia. Najpiękniejsza chwila każdego dnia nadchodzi po szóstej rano. Grupa jest już po dwóch godzinach medytacji, recytacji i jogi uważności. O 6:15 zasiadamy do ostatniej części medytacji podczas pierwszej sesji.

Sala jest przestronna i z dużym zapasem mieści 60 osób. Wzdłuż wszystkich ścian ciągnie się rząd dużych przesuwnych okien, a w każdym narożniku znajdują się szklane uchylne drzwi. Wszystkie drzwi i okna są pootwierane. Jest ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Na zewnątrz ciemności. W środku skąpe żółtawe światło oświetla jedynie podium, na którym do medytacji zasiada starszy mnich ubrany w kasavę o pomarańczowym odcieniu. Siada w półlotosie, twarzą do nas. Jego pozycja z dłońmi ułożonymi wierzchem do dołu na skrzyżowanych łydkach, swobodnie opadającymi ramionami, szeroko rozstawionymi kolanami, będącymi dwoma punktami podparcia, jest stabilna i ma w sobie dostojny spokój. Każdy z uczestników również powoli znajduje swoją optymalną pozycję i wszyscy zamierają w cichym bezruchu. Siedzę na końcu sali, więc mam przed sobą ciemne kontury moich towarzyszy i postać mnicha w żółtopomarańczowych barwach.

Spokój, bezruch, cisza, mrok.

Kojące poczucie bezpieczeństwa.

Jednocześnie czuć niesamowity potencjał. Energia wydaje się być namacalna. Kiedy zamykam oczy, znajduję się w gęstym ośrodku, który podtrzymuje moją równowagę i sprzyja koncentracji.

Wtedy, codziennie, rozpoczyna się cud.

Za oknami, minuta po minucie, zaczyna budzić się jasność. Zdecydowanie szybciej niż na naszych szerokościach geograficznych, ale wciąż wystarczająco powoli, aby zachwycać magią narodzin poranka; wyłania się scenografia bujnej zieleni i prześwitów bladego nieba. Nie ma jeszcze błękitu. Za wcześnie. Słońce jeszcze pod horyzontem.

Scena ożywa z każdą chwilą. Lekki wiatr porusza wielkimi liśćmi palm i małymi listkami drzew. Z całkowitej ciszy dochodzą pierwsze śpiewy ptaków. Jest ich coraz więcej. Płyną w przestrzeń na podobieństwo zbiorowej pieśni dziękczynnej za kolejny dzień dla życia. Wnikają z ostrością do naszej sali. Niedaleko, w zabudowaniach klasztornych odzywa się swoją mantrą pierwszy kogut. Zaraz wtóruje mu następny. I kolejny. One również chwalą dzień.

Fot.: Moyan Brenn

W sali robi się coraz jaśniej. Ciemne kontury medytujących nabierają kształtów i barw. Podium mnicha i jego szata zaczynają tracić swoje żółte nasycenie. Codziennie o tej porze nie jestem w stanie utrzymać zamkniętych oczu. Medytuję, a raczej kontempluję to cudowne misterium narodzin. W atmosferze zgromadzonej w sali energii mam wrażenie, że to właśnie owa zbiorowa moc medytacji wprawia w ruch będący hen za widnokręgiem mechanizm, nakazując słońcu rozpoczęcie swojej dziennej wędrówki. Nie gwar ludzki, nie zagłuszający wszystko jazgot, ale pokorna cisza ma w sobie tę potężną moc.

Przepełnia mnie szczęście. Nie muszę się śpieszyć z jego delektowaniem. Czas jest wystarczająco długi, a obietnica codziennej powtarzalności prawie pewna.

O siódmej, kiedy jest już całkiem jasno, a bladość świtu zastępuje błękit dnia, w rękach mnicha rozlega się dzwonek oznajmiający nam, że zapracowaliśmy na nasz pierwszy tego dnia posiłek. Wstajemy ze swoich miejsc i nie wydając ani jednego dźwięku, ruszamy powolnym, uważnym krokiem w stronę klasztornej stołówki.

Te czterdzieści pięć minut między 6:15 i 7:00 każdego dnia zabieram stąd jako najcenniejszą pamiątkę.

W następnym tygodniu cz.2

Główna fotografia: DeeMakMak


Podziel się!
Oceń ten post: 14  

 

Zobacz jeszcze

Oko cyklonu cz.2

Życie, choćby kilka dni zaledwie, zgodne z regułami obowiązującymi w Wat Kow Tahm to duże ...

Komentarze

  • Gość - Piotr S.

    Znakomity tekst. Ciekawy, inspirujący i starannie dopracowany językowo. Z niecierpliwością czekam na kolejną część.

    Odpowiedz



Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Tags