POLUB NAS

Obrońcy Huragandy cz.III

Obrońcy Huragandy Bartek Bernabiuk

Cze 09, 2016, 09:13 1 17 BartekBernabiuk

 
Setki razy słyszałem: „Ale masz wspaniałą pracę”. Jasne, miodzio, tylko skąd się wzięły na mojej głowie już przed trzydziestką siwe włosy? Czasem bardzo trudno jest grać swoją rolę, gościa tryskającego fontannami pozytywnej energii, tygrysa w każdej chwili gotowego do skoku. Z czasem zaczyna się płacić zdrowiem za nieustanne napięcie, gotowość do maksymalnej mobilizacji, brak snu i zmęczenie. Niejednokrotnie po powrocie ze wspaniałego, pełnego pozytywnych wibracji wyjazdu, zdarzało mi się przespać dwadzieścia cztery godziny ciurkiem, bo wszystkie stresy gdzieś skumulowały się pod płaszczem dobrej zabawy i organizm, nie dając wcześniej jasnych znaków, faktycznie był wyczerpany do granic. Podczas nielicznych wycieczek udaje się ładować baterie na bieżąco. Jest to możliwe dzięki wspaniałej atmosferze wyjazdu, energii grupy i dzieleniu się radością bycia w drodze.

W pracy pilota musiałem pogodzić się z tym, że nie jestem już podróżnikiem. Na wiele szlaków patrzyłem z daleka z tęsknotą. Za każdym razem, kiedy wracałem z grupami do miejsc, które odwiedziłem wcześniej jako backpacker, przeżywałem rozdarcie jaźni. Spotykałem znajomych w Buenos Aires, w Sao Paulo, w Limie i Santiago, na Bali… Pamiętający mnie jako włóczęgę bez grosza ludzie, u których nocowałem, gdy nie stać mnie było na najtańszy hostel, spotykali mnie teraz w wypasionych hotelach. Prawdziwe ja tkwiło gdzieś między wspomnieniami szalonych podróży a aktualną pracą, pozwalającą na życie w luksusie. Kołatał gdzieś we mnie duch podróżnika, ale teraz z pewnością nim nie byłem.

Wyjazd z kameralną, sześcioosobową grupą, który przebił moje dotychczasowe marzenia o egzotycznych kierunkach, pokazał mi wyraźną granicę między podróżowaniem a pracą pilota. Plan był prosty: Argentyna, Chile, Urugwaj, ukochana Brazylia, a do tego dwa niesamowite miejsca, których nigdy nie widziałem na oczy, czyli Wyspa Wielkanocna i Polinezja Francuska. Z przyjemnością po raz kolejny odwiedziłem znane mi dość dobrze miasta w Ameryce Południowej, po czym wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsc będących maleńkimi punkcikami na mapie Pacyfiku. Na Rapa Nui, w Te Pito o Te Henua, czyli pępku świata, odebrał nas z lotniska przewodnik, rodowity Polak. Moi podopieczni rozlokowali się w hotelu, mnie zaś spotkał zaszczyt bycia osobistym gościem rodaka w jego typowej, wyspiarskiej chacie. Była możliwość i czas pogadać z „tubylcem”. Gospodarz już na wstępie powalił mnie na kolana swoim życiorysem. Po zakończeniu służby we Francuskiej Legii Cudzoziemskiej został najemnikiem... w Meksyku. Prawdopodobnie szukał miejsca daleko od... Właściwie to licho wie, od czego. To, że udało mu się dostać na Rapa Nui (tj. Wyspę Wielkanocną) i pozostać tam mimo skomplikowanych procedur legalnie, był już nie lada osiągnięciem. Stały pobyt ułatwiał pewnie fakt, że nasz przewodnik miał dziecko z tutejszą kobietą.

Krzysztof znał świetnie francuski i hiszpański, z powodzeniem radził sobie w branży turystycznej. Był gościem z powołaniem i pasją, więc bardzo cieszyłem się ze współpracy. Z małymi wyjątkami. Wieczorem siedzieliśmy z jego rasta sąsiadami na ganku, wpatrując się w morze, i robiliśmy to, co robią wszyscy rasta na świecie, siedząc na ganku i wpatrując się w morze. Krzysztof opowiadał. Usłyszałem na tyle dużo, by nie chcieć wiedzieć więcej. Czasem odjeżdżał w opowieściach do krainy baśni, ale jako słuchaczowi bardzo mi to odpowiadało.

Kolejnego dnia mieliśmy jeździć po wyspie samochodami terenowymi. Spóźniliśmy się sporo na wschód słońca, ponieważ nasz przewodnik niestety dał w palnik i musiałem go rano wyciągać z łóżka. Wybraliśmy się więc w góry. Z upływem drogi teren robił się bardzo trudny, a że kac dawał już o sobie znać, Krzysztof uznał, że dalej jechać się nie da, bo jest błoto i samochód się ślizga. Miał pecha, gdyż jednym z towarzyszy wyprawy był znany polski kierowca rajdowy, uczestnik Rajdu Dakar.

Jemu droga nie wydawała się trudna i gdy Krzysztof próbował wytłumaczyć mu przez radio, że musimy zawrócić, Łukasz dosłownie przeleciał koło nas swoim samochodem, pokonując w sposób rzadko spotykany kolejne przeszkody. Jedyną szansą dla Krzysztofa było próbować go nie zgubić. Okazało się, że samochody wjechały wszędzie, daleko dalej, niż była w stanie dojechać moja wyobraźnia. We mgle zaliczaliśmy kolejne szczyty wulkanów, z których raz po raz można było ujrzeć gładkie doliny bezdrzewnej wyspy, łagodnie oświetlane przebijającymi się przez chmury promieniami słońca. Wokół królował niewzruszony ocean. Woda z każdej strony, bez horyzontu, bez najmniejszej wskazówki, gdzie pośród bezkresu wód skrywa się kolejny ląd. Jaką niesamowitą odwagę musieli mieć ludzie, którzy pewnego dnia zbudowali łódź i odpłynęli z Rapa Nui, nie wiedząc dokąd, mając kilka tysięcy kilometrów do najbliższego brzegu, który okazał się kolejną wyspą.

Z Wyspy Wielkanocnej polecieliśmy na Tahiti, a stamtąd na Bora Bora. Skromny ląd nie miał zbyt wiele do zaoferowania, więc cały pobyt na atolu spędziliśmy na łodzi. Nie wyobrażam sobie pozostać w tym miejscu dłużej, ale ten jeden dzień był z pewnością wart długiej drogi. Barwy nieba, ogromne manty i ławice kolorowych ryb, snorkeling w towarzystwie małych rekinów. Byłem w pracy, a zarazem na wakacjach. Czy moim gościom coś było trzeba? Może pokazać, jak się zakłada maskę? Przetłumaczyć menu w restauracji? Nie, nikt niczego ode mnie nie chciał.

Nie należałem do świata ludzi, których byłoby stać na taką wyprawę, miałem więc poczucie, że wygrałem szczęśliwy los, bezpłatny bilet wstępu do najwspanialszych zakątków naszej planety. W głowie nieustannie świeciła mi się jednak kontrolka, że jestem jednak bardziej pilotem w pracy niż turystą na wakacjach. Po powrocie z Bora Bora mieliśmy na Tahiti dzień wolny. Moi podopieczni postanowili dać wolne również swojemu pilotowi. Miałem zatem 24 godziny dla siebie. Wyjazd był dla arcyciekawy, jednak nieustanne tłumaczenie, opowiadanie, a zarazem konieczność przewidywania zdarzeń sprawiały, że z przyjemnością zająłem się sobą i własnymi myślami. Bez jakiegokolwiek planu wyszedłem na drogę i złapałem stopa. Kierowca kończył trasę w małej wiosce. Stamtąd ruszyłem w góry. Pytając o drogę, co chwilę słyszałem od miejscowych słowa „les chiens” – psy. Napakowałem kieszenie do pełna kamieniami i szedłem dalej. Pociski powoli się kończyły, a psy – wręcz przeciwnie. Ciekawość jednak pchała mnie pod górkę. Z lekko poszarpanymi nogawkami dotarłem do końca asfaltu. Kończył się w czyimś garażu. Mieszkający na górze Francuz nie spodziewał się raczej gości i chyba z tego zdumienia zaprosił mnie do domu na croissanta. Piękniejszego widoku nie mogłem sobie wyobrazić. Z ogródka i okien salonu rozpościerała się niezwykła panorama na pastelową zatokę, wlepioną w bezkresny ocean.

Mój słaby francuski nie pozwolił mi się zbytnio rozgadać. Natchniony widokiem i miłą gościną ruszyłem dalej. Wychodząc, zapytałem o drogę. Dokądkolwiek. Gospodarz wskazał ścieżkę niewidoczną nawet wówczas, kiedy na niej stanąć. Ciągnęła się wzdłuż urwistych stoków porośniętych gęstą, tropikalną roślinnością. Wtem przypomniałem sobie, że mimo wszystko jestem w robocie, więc lepiej odpuścić sobie szukanie przygód. Znowu zapaliła się ta wredna kontrolka – to nie jest czas, by dać się ponieść fantazji podróżnika. Podczas różnych wypraw z grupami pamiętam dziesiątki takich ścieżek. Ścieżek, którymi nie poszedłem. Wyjazdy z ludźmi, nawet do najwspanialszych miejsc, różnią się od podróży. Mają program, który nie pozwala zboczyć z planowanej drogi i skręcić ku spontaniczności, zajrzeć do miejsc skrywających prawdziwą przygodę. Pomyślałem sobie wówczas, że kiedyś pozbieram ludzi i zabiorę ich w podróż bez programu, bez planu, gdzie wszystko będzie się tworzyć w danej chwili i wypełniać nas teraźniejszością. Na taki wyjazd musiałem jednak poczekać jeszcze kilka lat.

Ruszyłem z powrotem, ale już złapałem wiatr w żagle, dobrą energię wyspy i gdzieś pod skórą czułem, że to nie koniec mojej jednodniowej wycieczki po Tahiti. Zatrzymałem się w wiosce, by sfotografować dzieciaki jeżdżące na bmx-ach, którym na polu ziemniaków ktoś usypał piękne hopki do wykonywania rowerowych ewolucji. Po chwili zauważyłem, że dzieci bardziej interesowały się mną, nieznajomym, niż rowerami. Po krótkiej naradzie wyznaczyły chłopaka, który podjechał wypytać, skąd się wziąłem. W odpowiedzi wypowiedziałem wiele mniej lub bardziej zrozumiałych słów po francusku, a wśród nich padło zupełnie niefrancuskie słowo „surfing”. Wszyscy zaczęli nagle powtarzać: „surfing, surfing”. A było to magiczne słowo, klucz otwierający drzwi do kolejnej przygody. Chłopak pokiwał głową i cały czas powtarzając „surfing”, zaprowadził mnie do domu, który składał się głównie z… desek surfingowych. Ivone, matka chłopca, była nauczycielką, a François, ojciec, surferem. Zarabiał na życie, robiąc tatuaże i uprawiając gandzię. Chyba mieli akurat wolne albo moje pojawienie się odebrali jako coś interesującego, bo w trzecim zdaniu naszej łamanej konwersacji zaprosili mnie na wycieczkę po wyspie. Pojechaliśmy razem w góry i spędziliśmy wspólnie piękny dzień. Nieudolnym francuskim zdobywałem niezwykłą wiedzę o życiu na Tahiti, życiu szczególnym, wówczas jeszcze bez internetu i telewizji, życiu na falach oceanu. Rozprawialiśmy na rozmaite tematy mieszaniną znanych nam języków. Przeglądałem szkolne podręczniki, ciekaw, czego uczą się młodzi mieszkańcy wyspy. Zafascynowała mnie mapa świata w lokalnej wersji – na środku mała wysepka Tahiti, a wokół gigantyczny ocean. Europa, Afryka i pozostałe kontynenty widocznie nie odgrywają znaczącej roli, bo ledwie można je było znaleźć gdzieś na krawędzi mapy, jakby zabrakło dla nich miejsca wśród mórz i oceanów otaczających Polinezję Francuską. Zrozumiałem, dlaczego o Wyspie Wielkanocnej mówi się „pępek świata”. Dla każdego wyspiarza centrum kosmosu stanowi jego mała wyspa. Dostałem podręcznik na pamiątkę. Przechowuję jak największy skarb.

Wróciliśmy z moimi nowymi znajomymi do ich domu. Dzieci poszły się bawić, a rodzice wyglądali na nieco skrępowanych, jakby chcieli mi coś bardzo ważnego powiedzieć. Po chwili niezręcznej ciszy François zapytał: „Palisz?”. I wyciągnął próbkę swojej uprawy. Dalsza część tej opowieści pozostanie dla Was zagadką, zresztą tak jak i dla mnie, bo ziele było „po zbóju” i właściwie nie wiem, jak się dostałem z powrotem do hotelu.

Ten wyjazd, jak i wiele innych, pokazywał mi wyraźną granicę między podróżowaniem a prowadzeniem grup. Odwiedzałem najpiękniejsze miejsca na świecie, ale mój skoncentrowany umysł był wówczas w pracy. Ten szczególny dzień na Tahiti zarysował się tak wyraźnie, że nie pozostawił we mnie wątpliwości. W pracy pilota

mogę czerpać radość z bycia z ciekawymi ludźmi, wspólnej zabawy i dzielenia się pasją podróży. Doświadczać świata i budować moją z nim relację mogę jednak wyłącznie podczas własnych podróży.

Tak też z nostalgią patrzyłem na tory wiodące do legendarnego Machu Picchu z ekskluzywnego pociągu. Siedziałem naprzeciw prezesa dużej firmy i rozmawialiśmy o podróżach. W głowie kłębiły mi się wspomnienia sprzed lat, kiedy szliśmy z Maćkiem do tego miasta Inków, dziewięć godzin po tych samych torach kolejowych, w nocy, w deszczu. Z Cuzco wyruszyliśmy wypchanym busem, z którego przesiedliśmy się do starej, zdezelowanej ciężarówki. Dojechaliśmy do ostatniej możliwej stacji. Co dalej? Turyści idą dwa dni szlakiem, ale za wejście na szlak też się płaci. Dużo? Dla nas – za dużo. Staliśmy tak na stacji bezradni, gdy podszedł do nas gość z dużym zeszytem. Otworzył go i do sześciu nazwisk na pierwszej stronie dopisaliśmy swoje dwa. „Są potrzebne są do ewentualnej identyfikacji zwłok” – powiedział z niezrozumiałym jeszcze dla nas uśmieszkiem, przekonany, że pójdziemy po torach. Nie było tego w planach, ale... Świetny pomysł! Gdy po czterech godzinach marszu górskimi ścieżkami zrobiło się ciemno i zaczął padać deszcz, w gruncie rzeczy musieliśmy zejść na te tory. A nocą jeżdżą tam drezyny. Mniejsze i cichsze niż pociąg, jednak sporo większe od nas. Największe emocje budziło przejście tunelem, w którym było miejsce albo dla nas, albo dla pociągu. Miałem wrażenie, że każdy dźwięk oznajmia nadjeżdżanie pojazdu-mordercy i nogi same przyspieszały. Kolejne pięć godzin, krok za krokiem, w równej odległości stąpaliśmy po podkładach kolejowych. Rano, zupełnie wykończeni, dotarliśmy do Machu Picchu. Dzisiaj, patrząc na górskie krajobrazy, przypominam sobie, jak dodawaliśmy gazu, kiedy, idąc w tunelu, usłyszeliśmy zbliżającą się drezynę. Siedzieliśmy wygodnie, piliśmy herbatę, rozmawialiśmy z uczestnikiem wyjazdu, prezesem jednej z największych w Polsce firm ubezpieczeniowych, o świecie, podróżach, językach. A ja wracałem pamięcią w stare miejsca, jakbym poruszał się w świecie równoległym, w innym wymiarze. Patrzyłem z okien pięciogwiazdkowego hotelu na trampów, włóczykijów i łapserdaków... Minęło tak niewiele czasu, a już z trudnością przypominałem sobie, że byłem jednym z nich… Jeśli czegoś im zazdrościłem, to chyba wolności, nieskrępowanych wygodą ruchów, kontaktu z autentycznością odwiedzanego świata… Uczyłem się cieszyć małymi chwilami, budować spontaniczne relacje z personelem hotelowym, kierowcami i każdym, kto pojawiał się na mojej drodze. Uczyłem się też bez ograniczeń sycić danymi mi obrazami, ale przede wszystkim kontaktem z ludźmi, z którymi podróżowałem, ich radością i nowymi doświadczeniami. Z czasem pasja podróżowania przerodziła się w pasję prowadzenia grup i dzielenia z nieznanymi mi ludźmi magią tego świata.

Książkę Bartka można kupić TUTAJ

Biuro podróży, które prowadzi Bartek: AKOKAN

fot. Hans


Podziel się!
Oceń ten post: 17  

 

Komentarze

  • Gość - tomek

    zabawny tekst :) i ciężkie życie organizatora wycieczek

    Odpowiedz



Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe