POLUB NAS

Nie ma życia bez gór

Michał Zieliński Tsaranoro Kaga Tondo Aconcagua Komin Pokutników Zamarła

Sie 02, 2016, 08:58 0 8 JoannaOsicka

 
Zima. -30 stopni. Najwyższe szczyty świata wznoszą się majestatycznie nad ziemią. Każdemu śmiałkowi dają jasno do zrozumienia, żeby nie zadzierał. Michał Zieliński, wspinacz, pilot paralotni, podróżnik, narciarz i żeglarz w jednym, postanowił nie raz i nie dwa podjąć rzucone mu wyzwania. Poharatana dłoń na Madagaskarze, czy skręcona noga w Tatrach to tylko namiastka przygód, która go spotkała. Po Kilimandżaro, Kaga Tondo, Tsaranoro i Aconcagui przyszedł czas na zimową wyprawę na K2…

J: Skąd pojawiła się u Ciebie fascynacja wspinaczką? Jakie były Twoje początki?

Michał Zieliński: W liceum, co roku w wakacje wyjeżdżaliśmy na obozy wędrowne. Dzięki tym wyjazdom dobrze poznałem polskie góry. Pewnego razu zawitałem do Tatr i się zakochałem. Wędrując Orlą Percią zobaczyłem zespół wspinający się na południowej ścianie Zamarłej Turni i stwierdziłem, że chcę robić to samo. Szlak Orlej Perci nie jest wcale taki łatwy. Nawet latem ludzie mają tam trudności, a zimą jest to całkiem poważne górskie przedsięwzięcie. Wąska ścieżka, nierzadko po ostrej grani, skalne progi, żleby a do tego zasypane śniegiem łańcuchy zmuszają do normalnego wspinania z własną asekuracją.

Czarek na Zamarłej

Zacząłem się wspinać w Janówku, na podwarszawskich bunkrach, gdzie wtedy trenowało tam całe warszawskie środowisko wspinaczkowe, wyjeżdżałem na różne wyjazdy i ostatecznie, po nabraniu wspinaczkowej ogłady, trafiłem ponownie w Tatry. To był kwiecień, zima w pełni, temperatura -15 stopni. Wraz z koleżanką ambitnie postanowiliśmy przedostać się z Zawratu na Kozią Przełęcz. Dziarsko ruszyliśmy o 14:00, a o 17:00, przemarznięci do szpiku kości zaczęliśmy się drzeć o pomoc. Doskonale wiedzieliśmy, że nie uda nam się dotrzeć do celu.

Zimowe wagary w Janówku

J: To dość brutalny początek. Jak Wam się udało zejść?

MZ: Mieliśmy to szczęście, że w kolebie w Dolince Pustej, nocował mój obecny kolega, który w tamtym czasie był jeszcze nieznajomym. Pobiegł do schroniska i zawiadomił GOPR. Wówczas cała ekipa składająca się z Janusza Hierzyka - bardzo barwnej postaci tatrzańskiego wspinania i polskiego alpinizmu – Moniki Rogozińskiej i Andrzeja Michnowskiego przyszła nam na ratunek.

J: Krótko mówiąc – uratowali Wam życie!

MZ: Oczywiście. To nie podlega żadnej wątpliwości. Miesiąc później postanowiłem wrócić, tym razem z butelką wiśniówki, żeby się im odwdzięczyć za uratowanie mego chudego wówczas tyłka. I tak to się zaczęło. Zostałem w Tatrach. Spędziłem tam 10 lat – wszystkie wakacje, ferie zarówno w zimie jak i lecie. Pracowałem w schronisku jako wolny strzelec tzw. walet, a jednocześnie się wspinałem i ratowałem życie innym pierdołom, które zapuszczały się w góry - w nieodpowiednich warunkach albo bez przygotowania. Moja praca pozwoliła podszkolić mi umiejętności i nabrać doświadczenia. Można powiedzieć, że praca w Dolinie Pięciu Stawów pokierowała moim życiem w taki sposób, że wspinaczka stała się pasją mego życia.

J: Jak wyglądała Twoja dalsza przygoda ze wspinaniem? Co było po polskich górach?

MZ: Decyzja o dalszych wspinaczkach przyszła dość naturalnie. Wyprawy w Tatry skutecznie pobudzają apetyt i motywują do podejmowania coraz to większych wyzwań. Były wyjazdy w skałki, potem Alpy. Pierwszą z dużych gór było Kilimandżaro, gdzie pojechałem z Łódzkim Klubem Wysokogórskim. Udało nam się zdobyć ten szczyt, a przy okazji zrodziła się chęć wspinaczki na Mount Kenya. Ta góra mierzy prawie 5000 m n.p.m. Jej nietypowe położenie – znajduje się 16 km od równika – czyni ją jeszcze bardziej fascynującą. Oczywiście będąc już na miejscu, z moim szczęściem, nabawiłem się udaru słonecznego, więc wspinanie na Mount Kenya przeszło mi koło nosa.

Fot.: Ninara / Kilimandżaro

J: Co za niefart! Czy taka wyprawa wymaga dużego przygotowania?

MZ: To zależy. W przypadku Kilimandżaro nie jest to konieczne. To turystyczna góra, powiedzmy sobie szczerze. Wchodzi się tam bez specjalistycznego ekwipunku i obowiązkowo z przewodnikiem. Takie są wymogi. W tym wypadku przygotowania opierały się głownie na znalezieniu dobrego przewodnika. W Nairobi testowaliśmy kilka firm. Na spotkanie przychodzili ludzie, którzy przynosili ze sobą coś w stylu książki referencji. Były tam wpisy różnych ekip, które z tym przewodnikiem odbyły swoją wyprawę na Kilimandżaro. Z paru faworytów, ostatecznie wybraliśmy jednego. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór.

J: No dobrze, a w przypadku innych wycieczek? Tych nieturystycznych?

MZ: Te nieturystyczne wyprawy wymagają jasno określonego celu. Trzeba wiedzieć przede wszystkim, co chce się zrobić. Przygotowuje się opisy dróg, przewodniki, mapy, nawiązuje się kontakty z ludźmi, którzy już tam byli, szuka się namiarów na miejscowych. Wiadomo, że taki research jest czasochłonny.

J: A sprzęt?

MZ: Sprzęt to sprawa indywidualna. Nasze doświadczenie pomoże podjąć decyzję, co ze sobą zabrać. Np. wyprawa na turnie Kaga Tondo w Mali i ściany masywu Tsaranoro na Madagaskarze wymagała zabrania ze sobą ogromnej ilości spitów, które wbija się w gładką ścianę dla asekuracji. Tsaranoro to jeden wielki 800-metrowej wysokości monolit granitu. Kaga Tondo to 600-metrowa wieża z piaskowca. Gdy się wspinasz na takie góry, masz ze sobą cały dobytek – jedzenie i sprzęt. To niejednokrotnie waży 40 kg.

Tsaranoro ze szczytu Le Dondy

J: To jakbyś dźwigał na plecach dziecko! Czyli trening na siłowni przed wyjazdem jest wskazany.

MZ: Niekonieczne. Tężyzny fizycznej nabierasz poprzez wspinanie. Jeśli ktoś się wspina, to przez cały rok. Czy to na ściankach, czy to w skałkach albo zimą w górach. Ja np. jestem fanem zimowego wspinania. Według mnie ta pora roku to najlepszy okres wspinaczkowy.

J: Dlaczego?

MZ: Przede wszystkim jest to wyzwanie. Ja nigdy nie należałem do grupy wspinaczkowych akrobatów. Poziom trudności niektórych dróg stanowił dla mnie tę granicę, której nie mogłem przeskoczyć. Poza tym zima daje urozmaicenie. Podczas wspinania można łapać się haków i używać techniki hakowej, ma się w dłoni taki sprzęt jak czekan, a na nogach raki. Jest inaczej, no i oczywiście trudniej. Trzeba stawić czoła takim trudnościom jak mróz, śnieg, lawiny. Za to zabawa i przygoda są pierwszorzędne!

J: Nie wątpię. Wspinasz się samotnie czy w towarzystwie?

MZ: Zazwyczaj z kimś. Kiedyś zdarzyło mi się kilka wypadów solo, ale byłem wtedy młody i głupi.

J: Głupi?

MZ: Gdy ktoś wspina się sam, a do tego wszystkiego bez asekuracji, to wystarczy jeden błąd, który może kosztować życie. Słyszałaś może o Aleksie Honnoldzie? Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i na swoim koncie ma zaliczone największe ściany. Wszystkie szczyty zdobyte właśnie w pojedynkę. Coś nieprawdopodobnego. Natomiast to są wyjątkowe jednostki, które zarówno posiadają wybitne umiejętności wspinaczkowe jak i wysoką odporność psychiczną. Kolejnym przykładem może być Alain Robert, Francuz, który wspina się na drapacze chmur. Mam też wielki szacunek do naszego solisty Marka „Regana” Reganowicza, który należy do światowej czołówki wspinania solowego.

J: Zgodzę się. Wyczyny Alaina obejrzałam na youtube. Myślę, że tacy ludzie są uzależnieni od adrenaliny i od przygód, które ich spotykają. Co uważasz za jedno z większych osiągnięć?

MZ: Madagaskar! Pojechaliśmy na wyspę w 2000 roku. Chcieliśmy wyznaczyć nową drogę na ścianie Tsaranoro w górach Andrygitra. Jest to rejon skalny porównywalny do Yosemite. 800 metrowe ściany granitowe, kompletnie pionowe, przewieszone, z niewielką ilością dróg. To poważne wyzwanie sportowe. Naszym celem było wytyczenie nowej drogi oraz powtórzenie kilku trudnych już istniejących. Poza tym chcieliśmy nakręcić film. Zabrałem paralotnię z napędem, aby móc filmować wszystko z powietrza. Wszystko szło dobrze. Relaksując się i kurując skręconą pierwszego dnia kostkę (!) wpatrywałem się w przeciwległą stronę doliny nad którą górował piękny, trochę tatrzański w swoim charakterze szczyt Le Dondy. Koledzy wspinali się już po istniejących drogach, a mnie nie dawał spokoju pomysł zrobienia nowej drogi. Udało mi się przekonać Waldiego Niemca, który w tym czasie pilnował swojego 6-cio letniego syna biegającego po obozie i pytającego co chwila – Tato, Tato a co to jest, Tato Tato a dla czego itd… . To właśnie wtedy dokonaliśmy wiekopomnego czynu. Powstała  pierwsza polska droga na Madagaskarze o długości 1100 m, w skali trudności 6A. Bardzo dobry wynik. Nazwaliśmy ją „TATO, TATO”.

Le Donda, "Tato Tato" samym środkiem...

J: Znając Twoje szczęście tak pięknie się to nie skończyło…

MZ: Cóż mogę powiedzieć? Masz rację. Wspomniałem już wcześniej, że chciałem nakręcić film z lotu ptaka. Traf chciał, że przy pierwszym starcie wyrżnąłem o glebę, a śmigło napędu paralotni elegancko przecięło mi dłoń. No i moja wspinaczka się skończyła. Myślałem sobie „No do cholery jasnej! Mój pierwszy wypadek w życiu na paralotni, a do tego w takich okolicznościach! Na tak dobrze zaplanowanym wyjeździe! I to na Madagaskarze!”. To zdarzenie pozwoliło mi się przekonać jaka jest służba zdrowia na Madagaskarze… a raczej jakiej nie ma. W najbliższym szpitalu, oddalonym o jakieś 150 km od miejsca zdarzenia, urządzenie rentgenowskie nie było w najlepszym stanie, zatem lekarz postanowił zszyć mi rękę bez zdjęcia. Na żywca. Nie było żadnych środków przeciwbólowych pod ręką. Potem poleciałem do stolicy, Antananarywy. Tam zajęli się mną nieco lepiej. Miałem szczęście. Dzięki temu, że byłem pilotem reklamowym PZU Życie miałem także dobre warunki ubezpieczenia. Wsadzili mnie w samolot i poleciałem na Reunion. Tam we francuskim szpitalu już się mną odpowiednio zajęli. Poskładali mi rękę i po 3 dniach mnie wypuścili. Posiedziałem tam trochę, bo akurat był strajk pilotów, zatem miałem przymusowe zwiedzanie. Oczywiście ubezpieczyciel chciał bym od razu wracał do domu. Ja się zbuntowałem i stwierdziłem, że wracam na Madagaskar.

J: Nieźle się urządziłeś.

MZ: No zamiast ręki miałem kupkę zgruchotanych kostek. Natomiast to nie jedyna taka historia. Gdy byłem w Mali zatrzymaliśmy się u niejakiego Salvadora Campillo. Hiszpan, który zamieszkał pod
Kaga Tondo, ożenił się z lokalną mieszkanką, spłodził syna, dostał ziemię od wodza i postanowił osiąść na stałe. Pracował tam jako przewodnik górski. Po prostu zakochał się w tym miejscu. Jest prekursorem wielu przejść na tych niesamowitych ścianach. Dość często jeździliśmy z tej wioski do Hombori do hotelu na piwo. Tam poznaliśmy Billa z RPA, który budował studnie dla miejscowej ludności. Co jakiś czas, w towarzystwie właśnie tego Billa opróżnialiśmy ostatnie piwne zapasy hotelowe. Z resztą z tego tytułu droga jaką zrobiła nasza wyprawa na Kaga Tondo nazywa się La Ultima Birra de Hombori (Ostatnie piwo w Hombori).

Kaga Tondo, Mali

Schemat

Pewnego razu, gdy wracaliśmy z Billem jego pickupem zatrzymali nas na drodze jacyś mężczyźni w BMW. Rozmowa przerodziła się w dość ożywioną dyskusję. Z racji tego, że było to po francusku, to tylko z podniesionego tonu głosu i min mogłem zorientować się, że coś jest nie w porządku. Bill wsiadł do auta i zaczął grzać ile fabryka dała. Myślałem, że ich zgubimy. Pobożne życzenie. Jechali zaraz za nami. Wpadliśmy do domu Billa, który szybko chwycił za karabin. My wyciągnęliśmy co kto miał, żeby chociaż trochę czuć się bezpieczniej. Szczęście, że Bill był człowiekiem poważanym w okolicy zważywszy na funkcję jaką pełnił. Jakoś udało mu się ostatecznie zażegnać sytuację i bandyci odjechali.

J: Czy kiedykolwiek miałeś wyprawę BEZ przygód?

MZ: Oczywiście. To wszystko zależy. Gdy postępujesz rozsądnie wówczas jest nikłe prawdopodobieństwo, że coś ci się stanie.

J: Poza szczytami w Polsce, Europie i Afryce, gdzie jeszcze się wspinałeś?

MZ: Wspinałem się na Aconcaguę w Andach. Podobnie jak na Kilimandżaro, wybrałem się tam z Łódzkim Klubem Wysokogórskim. Aconcagua to wysoka góra i dość zdradziecka. Wielu jej nie docenia. Przyjeżdżają źle przygotowani, na luzie, nieświadomi, że takie gwałtowne wzrosty wysokości jakie serwuje góra można okupić życiem. Umierają na chorobę wysokościową, zamarzają. 7 000 m n.p.m. to nie są żarty. Dla doświadczonego wspinacza nie będzie to większe wyzwanie, zaś dla przeciętnego turysty, który myśli, że pójdzie sobie po ścieżce spacerkiem, góra może okazać się śmiertelną pułapką. Z resztą nasi koledzy z ekipy odczuli to na własnej skórze. Ja akurat miałem to szczęście i wraz z Tadeuszem Kudelskim (2 lata później zginął na Mont Everest) dotarłem na szczyt.

Fot.: PhillipC /Aconcagua

J: …i potem przyszedł czas na K2.

MZ: To było w 2003-2004 roku. Pierwsza zimowa wyprawa na K2.

J: Skąd ten pomysł by właśnie zimą zdobyć górę „zabójcę”?

MZ: Wszystko zaczęło się od tego, że pomagałem mojemu ojcu zorganizować konferencję Cospar 2000. Było to wydarzenie poświęcone „kosmicznym sprawom”. Dosłownie i w przenośni, bowiem mój tata zajmuje się geodezją satelitarną i GPS-ami. Z racji mego doświadczenia w organizowaniu wypraw, oraz kontaktom z mediami udało nam się trafić do telewizji, gdzie z kolei poznałem Kasię Cichacką, która ówcześnie pracowała jako doradca ds. marketingu. Później przyszło nam się spotkać na innym wydarzeniu i zamienić kilka słów. Tak się narodziła współpraca, której efektem była wyprawa na K2. Jej firma Cosmos Entertainment była głównym organizatorem przedsięwzięcia na zlecenie Polskiego Związku Alpinizmu.

W drodze do Ilik

To ja, ten gościu w czapce ;)

Oryginalny pomysł na zaprezentowanie sponsora wyprawy

J: Czy wyprawa zakończyła się powodzeniem?

MZ: I tak i nie. Była to pierwsza zimowa wyprawa na K2. Szczytu zimą jeszcze nigdy nie zdobyto i nam także się nie udało. Niemniej za sukces uważam fakt, że dotarliśmy na wysokość 7650 m n.p.m. Do tej pory nikomu nie udało się dotrzeć tam tak wysoko zimową porą.

J: Czemu przerwaliście wyprawę?

MZ: Wyprawa o mały włos nie została okupiona życiem. W III obozie alpinista Marcin Kaczkan zachorował na chorobę wysokościową. Gdyby nie Denis Urubko, który dzielnie mu asystował przy zejściu, Marcin już dawno by nie żył. Był oszołomiony. Nic do niego nie docierało. Nie mógł nawet sam zawiązać sobie buta. Gdy zjechał z Denisemi i kolegami, którzy wyruszyli mu na pomoc, podaliśmy mu tlen i położyliśmy spać. Rano doszedł do siebie i spokojnie wrócił do bazy. Ale kostucha była blisko…

J: Czym się objawia choroba wysokościowa?

MZ: Głównymi symptomami są ból głowy, nudności i wymioty. Niby nic poważnego, ale kończy się to obrzękiem mózgu z powodu niedotlenienia. Tylko gwałtowne obniżenie wysokości jest w stanie takiego człowieka uratować.

J: Ta sytuacja powinna stanowić przestrogę dla innych.

MZ: Nigdy nie należy lekceważyć gór. Zima w Karakorum to nie są przelewki. Średnia temperatura utrzymuje się na poziomie – 20 stopni. Czasem podnosiła się do – 10. Takie warunki człowieka wykańczają. Ciągły wiatr i przeszywające zimno silnie wpływają zarówno na psychikę jak i kondycję fizyczną. Wyjeżdżając na wyprawę ważyłem 95 kg. Gdy zważyłem się po powrocie, okazało się, że straciłem 16 kilo. Jesz ile chcesz i chudniesz. K2 dietą cud!

Z resztą jak się potem okazało trafiliśmy na najgorsze warunki pogodowe w tym rejonie w okresie zimowym od ponad 50 lat. Mieliśmy łączność z Pakistanem skąd otrzymywaliśmy prognozy pogody. Na koniec zawitał do nas taki huragan, że rozniósł nam pół bazy. Fart, że była to sama końcówka wyprawy.

J: Jak się nazywa film, na którym została uwieczniona Wasza wyprawa?

MZ: „K2 – na krawędzi”. Film został nagrodzony na Krakowskim Festiwalu Górskim.

(cały film dostępny poniżej)

J: Czy są momenty kryzysowe? Chwile zwątpienia? Kłótnie?

MZ: Zapewne tak. W tak ekstremalnych warunkach, gdzie wszyscy już po miesiącu wyprawy są nieźle wyczerpani, nie trudno o konflikty. Niemniej w obrębie naszej polskiej grupy na szczęście nie wydarzyło się nic takiego. Niestety powstały napięcia między naszą grupą a ekipą ze wschodu.  Trzech z nich zdecydowało się w pewnym momencie wycofać z wyprawy, co spotkało się z oburzeniem Polaków. Pozostał Denis Urubko. Wiadomo, że ludzie są różni i w zasadzie wszystkiego można się spodziewać. Ja nie mam takich problemów, łatwo dostosowuję się do sytuacji i raczej nie należę do osób konfliktowych.

J: Najniebezpieczniejsza sytuacja, z którą się spotkałeś?

M: Oj było tego trochę! Pierwsza, która przychodzi mi na myśl, to zdarzenie, które miało miejsce podczas wspinaczki na Filar Mięguszowieckiego Szczytu i zarobiłem tam ogromnym kamulcem w kolano. Szczęście, że było zgięte, a kamień uderzył w mięsień. Niemniej był rozmiaru ludzkiej głowy i spadł z wysokości ok. 20 metrów. Możesz tylko sobie wyobrazić jak to wyglądało! Zamiast nogi miałem stek. Niemniej wdrapałem się na szczyt. Gorzej było zejść.

Druga zaś miała miejsce, gdy wspinaliśmy się na Komin Pokutników na Buczynowej Strażnicy ze Zbyszkiem Piotrowiczem (założycielem Festiwalu Filmów Górskich w Lądku Zdroju) i z moim przyjacielem Romkiem Kałużą. Zima była ostra. Temperatura za dnia sięgała gdzieś –27 stopni, zaś nocą spadała poniżej –30. Wspinając się odpadłem od ściany i rozwaliłem łokieć. Drobiazg. Dałem radę skończyć drogę, więc nie było sensu robić rabanu. W międzyczasie zaczął padać śnieg. Postanowiliśmy wiać. Oceniliśmy odległość do piargów raptem na 2 lub 3 zjazdy. Podczas ostatniego zjazdu, gdy sunęliśmy żlebem (stromą rynną), lawiny pyłowe zaczęły nam się ostro sypać na głowę, więc poinformowałem moich towarzyszy, że zaczekam na nich dopiero na dole. Czekam i czekam. Nagle leci Kałuża, przebija się przez zawieruchę śnieżną. Zatrzymuje się obok i mówi „Tyyyy, ten Twój lot to c**j! 40 walnąłem!”. Ja mówię „co?”, a on powtarza, że spadł 40 metrów. Nie mogłem uwierzyć. Okazało się, że kolega wpiął się w hak, z którego wcześniej zjechałem. Hak niestety postanowił wyskoczyć ze szczeliny, zatem Kałuża wraz z rzeczonym hakiem i liną runął w dołu. Miał to szczęście, że wcześniej usypał się stożek ze świeżego śniegu, który zafundował Romkowi miękkie lądowanie. Nic mu się nie stało.

Stamtąd trzeba było jeszcze jakoś wrócić do Doliny Pięciu Stawów. Szlak biegnie przez zbocza Koziego Wierchu, a że pogoda raczej sprzyjała lawinom, zatem to rozwiązanie było dość ryzykowne. To trawers, który przecina wszystkie żleby po kolei, więc musieliśmy schodzić do Roztoki przez próg lodowy. Szedłem jako pierwszy. W końcu doszedłem do lodospadu i wykorzystując szczeliny ze śniegiem ostrożnie stawiałem stopy. Stromo jak cholera. W pewnym momencie potknąłem się rakami o swoje spodnie i zapikowałem głową na dół. Kałuża, który miał za zadanie mnie asekurować akurat sobie przysnął, więc dopiero się obudził jak lina mu palec wkręciła do karabinka. Zatem leciałem sobie w dół tak z 10 m. Na domiar złego zahaczyłem rakiem o wystający kamień i skręciłem nogę. Jak już zawisłem chciałem się jakoś skomunikować z chłopakami. Zaczęły się dzikie wrzaski, bo nie mogliśmy się dogadać. Wichura, śnieg, nic nie było słychać, ale w końcu do mnie zjechali. Oczywiście noga straszliwie mnie bolała. Nie dało rady się ruszyć. Niemniej jakoś przetrwaliśmy. Mieliśmy puszki. Postanowiliśmy zrobić sobie mały biwaczek. Rozpaliliśmy nawet ognisko… które w jednej chwili wtopiło się w śnieg pozostawiając tylko wgłębienie i ogromne kłęby dymu. Następnego dnia doczołgałem się do schroniska w 5-ciu Stawach i śmigłowiec zabrał mnie do Zakopanego.

J: Całe szczęście wróciliście cali i zdrowi. Jeśli w Tatrach mają miejsce takie przygody to co dopiero działoby się na Mount Everest?

MZ: Mount Everest jakoś do mnie nie przemawia. Gdyby przyszła mi ochota zdobyć Koronę Ziemi, wówczas musiałbym się na ten Everest wdrapać. Niemniej to takie górskie Sharm El Sheikh. Ludzie walą tam drzwiami i oknami. Te dzikie tłumy skutecznie mnie zniechęcają. Łażenie po tych trupach… to nie dla mnie.

J: Górskie marzenia?

M: Wleźć na to przeklęte K2 zimą, ale boję się, że mnie to może się już nie udać. Natomiast cieszę się, że było mi dane uczestniczyć w wyprawie, o której Ci mówiłem.

J: Co najbardziej cenisz w górach?

M: Wolność, przyjaźń, swobodę i przygodę. Nie umiem wyobrazić sobie mojego życia bez gór.

Rozmawiała Joanna Osicka

 

Mariusz Michał „Ogór” Zieliński – ur. 23.11.1962 w Warszawie .

Wspinacz, pilot paralotni, podróżnik, narciarz, żeglarz . ( prawie jak  Zaruski:-)))))   )

Z zawodu pracownik wysokościowy od 1981, działalność gospodarcza od 1981. W latach 2004 – 2007 współpracownik NationalGeographic Polska jako dziennikarz, fotograf oraz organizator projektów specjalnych. Instruktor team-building w latach 2000-2014.

Wspinanie zacząłem na podwarszawskich bunkrach w 1978 roku. W Tatrach pierwszą drogę zrobiłem latem 1981 roku.  Moja wysokogórska przygoda zaczęła sie w kwietniu 1980 roku od uratowania mojej chudej wtedy dupy, przez J.Hierzyka i A.Michnowskiego, którzy sprowadzili mnie i moją koleżankę ze Zmarzłych Czub. W akcji brała jeszcze udział M.Rogozińska i pies Cygan.

Na przestrzeni lat zrobiłem w Tatrach ok.150 dróg, w tym nowe oraz pierwsze zimowe.

Nowe drogi:

Lewe ograniczenie Komina Pokutników ( diretapł.wsch. ściany B.Str.)– z Roman Kałuża 25.08.1982 VI-

Prawe ogr. Komina Pokutników- Zdzisław Malarz  09.1984 VI

Północna Ściana MSW – A.Dutkiewicz, A.Paszczak, A.Paszczak – „Trawiata”  IV, 30.12.1998

Pierwsze zimowe:

Kozi Wierch lewy filar droga Michnowskiego – z Jacek Markiewicz  - 12.03.1983

Buczynowa Strażnica – droga Serkowskiego – z Cezary Krzysztofik,  A. Jeż – 30.12.1983

Czołówka MSW – Lewe Yosemite – z Waldemar Żmurko 4.03.1989

Próg Dolinki za Mnichem – droga Szałankiewicz – Czyżewski – z Stanisław Szecówka 2.03.1989

Ciekawsze Solo:

Zamarła Turnia – Kant Pietscha – 9.08.1982

Prawy Filar Cubryny – 03.1990

Przejście warte uwagi:

Galeria Gankowa – Łapiński  z Pawłem Mieszkowskim 22.03.1991 – 11 godz. Podejście z Moka.

W latach 1982-1992 – uczestnik wielu wypraw ratunkowych w Tatrach.

Ciekawsze zjazdy na nartach w Tatrach: Żleb Mnichowy, Miedziane,  Czarna Ławka, Pośrednia Kotelnicowa Ławka, Niżnia  i Wyżnia Liptowska Ławka, Usypisty Żleb, Gładka Przełęcz, Kostury,  Szpiglasowa Przełęcz, Kozi Wierch, Zawrat.

Góry Świata:

Kilimanjaro – 4.02.1995

Aconcagua –02.1996 z Tadeuszem Kudelskim

Mali – Kaga Tondo –02.1999 nowa droga „La Ultima Birra de Hombori ‘ 7a+, z Bogusłąwem Ficem, Tomkiem Samitowskim, Krzysztofem Zielińskim, Marcinem Jamkowskim i Waldemarem Niemcem

Kaga Tondo – VuelvaUstedManiana–02.1999,6a+ A2z Marcinem Jamkowskim i Salvadorem Campillo

Wamderdu -  “La Reina de Africa” Marcin Jamkowski

Madagaskar – pierwsza polska droga, rejonAndrygitra, góra Le Dondy – „Tato Tato”27/28.08.2000, 1160m, 6a  z Waldemarem Niemcem. Współudział w otwarciu drogi „Cucumber Flying Circus”, 7b+nazwanej tak po moim wypadku na motoparalotni:-)

Współorganizator ( z ramienia Cosmos Entertainment) i uczestnik Polskiej Zimowej Wyprawy  Netia K2 2002/2003.

Od 1992 pilot paralotni. W 1998 organizator i dyrektor Paralotniowych Mistrzostw Polski w Szczyrku.

Współorganizator i uczestnik wyprawy nurkowej NationalGeographic  na wrak statku Steuben w 08.2004.

Współtwórca filmów górskich

- „Madagaskar 2000” –Srebrna Camera Travel na I Festiwalu Filmów Odkrywców i Podróżników MEDIATRAVEL  w Łodzi w 03.2001 razem z MarcinemJamkowskim.

- „Na krawędzi”–film o zimowej wyprawie na K2, współreżyser razem z Aleksandrem Dembskim , autor zdjęć – Nagroda Główna Na Festiwalu Filmów Górskich w Krakowie, Nagroda Publiczności,  12.2004. 

2004 Nagroda specjalna na Festiwalu FilmówExtremalnych za film o akrobacji na  paralotniach –„ACRO”.

W 2000r Nagroda Min. Sportu i Turystyki za wybitne osiągnięcia w dziedzinie alpinizmu.

Publikacje w: Taternik, Góry, Przegląd Lotniczy (PLAR), Cumulus, NationalGeographic Polska, NationalGeographicTraveler .

W latach 2007 -2014  wraz z żoną Anną Drobik - Zielińskąanimator sceny jazzowej i współwłaściciel klubu jazzowego Improwizacja Jazz Lounge w Łodzi. Miłośnik jazzu.


Podziel się!
Oceń ten post: 8  

 

Zobacz jeszcze

Gwadelupa, wyspa podrywaczy

Plaże, szum fal, słońce, dobre jedzenie i jeszcze lepsza zabawa – taką Gwadelupę znamy z opowieści ...

Australia oczami Gosi

Miejsce, gdzie dwóch policjantów jest w stanie zapanować nad kilkusetosobowym tłumem. Kraina, gdzie ludzie w ...

VANITY FAIR – palmowy ...

Po latynoskich ekscesach zapragnęłyśmy spróbować „normalnego” imprezowania. Chciałyśmy zobaczyć jak to się odbywa w popularnym ...

Kuba - w krainie ...

Kuba to coś więcej niż piękne widoki i wieczorne dancingi na hotelowym parkiecie. Jaka jest ...

Palma de Mallorca - ...

Gdy ostatecznie dotarłyśmy na upragnioną Carrer de la Carnisseria i wdrapałyśmy się na pierwsze piętro ...

Angolska ropa, czyli rodzinny ...

Angola przeżywa gwałtowny rozkwit. Jest jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie. – A wszystko ...

Madryt, czyli życie zgodnie ...

Czy kilka dni w stolicy Hiszpanii może wyglądać na prawdziwe „życie jak w Madrycie”? Pojechałam ...

Kolumbia - jaka jest ...

Przechadzając się ulicami nie zdziwmy się jeśli ktoś nagle zaprosi nas na kawę czy zapyta ...

Majówka w Lizbonie

Lizbona. Moja miłość od pierwszego wejrzenia. Nie spodziewałam się, że jeszcze przyjdzie mi ją odwiedzić ...

Azerbejdżan - tam gdzie ...

Uprzedzenia i niechęć zamieniły się w sympatię i podziw dla piękna architektury, uprzejmych ludzi oraz ...

Dżungla Amazońska - natura ...

Dżungla to dla jednych miejsce fascynujące, gdzie można zgłębić kulturę i obyczajowość dzikich plemion, dla ...

Norwegia- tu nie ma ...

Fiordy, natura, porywczy wiatr, zorze polarne. Norwegia w pełnej okazałości! 6 miesięcy obserwacji i codziennego ...

Palma de Mallorca – ...

Jak sama nazwa wskazuje na urlopie spędzanym w tym miejscu nie można zachowywać się normalnie ...

Wyprawa na jezioro Bajkał

Jedna wyprawa do Rosji i dwie formy wypoczynku. Typowa turystyka w Moskwie i Petersburgu oraz ...

Karaibski Dr Jackyll i ...

Jak wszystkie wyspy w rejonie Morza Karaibskiego tak i Trynidad i Tobago odznaczają się niebywałym ...

Nigeria - a country ...

Juicy spanks for a disobedient child. Unshaken belief in oneself and high level of self-confidence ...

Nigeria - kraj, w ...

Soczyste lanie dla niesfornego malucha. Przekonanie o własnej wartości i niezłomna pewność siebie. Zamiłowanie do ...

Komentarze


Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy.

Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe