POLUB NAS

Narty po gruzińsku

Gruzja Narty hobby Gudauri Bakuriani Azja

Lut 16, 2016, 10:00 0 1 Narty

 
W poprzednim numerze naszego Magazynu pisaliśmy o nartach w Turcji. Teraz wybieramy się jeszcze dalej na wschód, do Gruzji.

W poprzednim numerze naszego Magazynu pisaliśmy o nartach w Turcji. Teraz wybieramy się jeszcze dalej na wschód, do Gruzji.

Pomysł wyjazdu na narty do Gruzji wpadł mi do głowy, kiedy byłam w tym kraju latem. Kierowca marszrutki (tak się tam mówi o mikrobusach stanowiących najtańszy środek lokomocji), podwożącej mnie w kierunku słynnego Kazbeka (jeden z najsłynniejszych kaukaskich pięciotysięczników), rzucił od niechcenia: „tu są nasze wyciągi”, po czym pokazał stojące na wówczas zielonych stokach słupy. Wyglądało nieźle. Jesienią pojawiły się atrakcyjne promocje lotów do Tbilisi. Decyzja była podjęta.

GUDAURI, CZYLI MOŻNA POSZALEĆ

Gruzja wita mnie śniegiem. Masą śniegu. Dwa tygodnie wcześniej byłam na północy Norwegii, gdzie narzekano na jego brak, a tu proszę, taki kawał na południe białej pokrywy jest aż zanadto. Na dworcu marszrutek czekający na odjazd współpasażerowie litują się nad zmarzniętą turystką z bratniej Polski (bo Polaków Gruzini lubią) i w ramach rozgrzewki częstują mnie wyjętą zza pazuchy cza-czą (lokalna wódka). Może i dobrze, bo dzięki temu w czasie jazdy śpię jak zabita, dzięki czemu nie stresują mnie wyczyny szalonego kierowcy mimo gołoledzi i serpentyn z fantazją wciskającego gaz do dechy.

Kiedy po dwóch godzinach jazdy wysiadam w położonym na stokach Kaukazu Gudauri, pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to: cóż, Zermatt, ani Sankt Anton, to nie jest. Potem przychodzi następna: No właśnie, dlatego tu przyjechałam! Rzut oka na stoki i wiem, że będzie fajnie.

Kameralny hotelik „Truso”, w którym zamieszkuję jest jakieś 5 minut piechotą od wyciągu, ale i tak tego dnia z jazdy nici – jest już późno, a zresztą muszę załatwić sobie sprzęt. Mam ze sobą tylko buty, szczerze mówiąc na tyle stare, że od razu założyłam, że na miejscu je zostawię. Ostatecznie z chłopakami z wypożyczalni robimy układ – ja od nich dostaję na trzy dni gratis narty i kijki, a w zamian potem oddam im buty.

Skoro mam już na czym jeździć, to zaliczam wizytę w biurze firmy organizującej heli-ski. Niestety, zapał szybko mi mija – przy moim budżecie tego typu atrakcje okazują się nierealne. Jednodniowy pakiet obejmujący 5 przelotów to 700 euro, a przy trzech lotach jest to 550 euro (w cenie przewodnik, lunch w górach, sprzęt – zarówno narciarski, jak i lawinowy, w tym plecak ABS i detektor). Może kiedyś…

Wracając do hotelu mam możliwość, aby na spokojnie obejrzeć wioskę. Szosa, która ją przecina, to słynna Gruzińska Droga Wojenna. Groźnie brzmiąca nazwa została nadana w początkach XIX wieku, kiedy to po anektowaniu Wschodniej Gruzji (rok 1801) Rosjanie zmodernizowali prastary szlak, aby był użyteczny do szybkiego przerzucania wojsk. Teraz, ze względu na widoki, to jedna z turystycznych atrakcji Gruzji, ale głównie latem. Zimą odcinek do Gudauri da się przejechać, ale dalej bywa różnie, bo nawet mimo tuneli ochronnych, sytuacja śnieżno-lawinowa często podróżowanie uniemożliwia.

Swoją drogą Gudauri było znane już od dawna – w czasach carskich było to miejsce, gdzie woźnicy dyliżansów i kurierzy wymieniali konie. Jako ośrodek sportów zimowych doceniono tę lokalizację dopiero w latach 80-tych XX wieku, kiedy Gruzja była częścią ZSRR. Władze postarały się nawet o kapitał zagraniczny – pierwszymi, którzy tu zainwestowali, byli Austriacy.

Obecne Gudauri to funkcjonujące głównie zimą, porozrzucane po stokach mniejsze i większe hotele, z których za najlepszy uchodzi zajmowany w dużej mierze przez Rosjan ekskluzywny, a zarazem największy w okolicy „Marco Polo”. Co do Rosjan to Gruzini za nimi nie przepadają (wszyscy pamiętają rosyjskie wojska, które wkroczyły do Gruzji w 2008 roku), ale tolerują, bo to klienci zostawiający sporo pieniędzy. O wzajemnych stosunkach najlepiej świadczy billboard, na który trafiam przy głównej drodze. Reklama dotyczy wódki… Sobieski, a widniejący koło butelki napis głosi: „Sorry, Rosjanie, ale to Polska jest miejscem narodzin wódki!”.

Minusem położonego na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Gudauri jest brak deptaka, czy miejsca (ulicy, placu) przyciągającego turystów po zejściu ze stoku. Mam wrażenie, że wszyscy chowają się w hotelach – na ulicach spotykam głównie włóczące się samopas psy. Swoją drogą psiaki, skundlone owczarki kaukaskie, są cudowne – przyjacielskie, czasami wręcz dopominające się o głaskanie. Zaraz, owczarki „kaukaskie”? Kiedy raz tak powiedziałam, zostałam szybko poprawiona: nie kaukaskie, tylko gruzińskie!

Gudauri w liczbach

Tereny narciarskie: 1990-3007 m n.p.m.

Trasy: 57 km (niebieskie – 39% / 22 km, czerwone – 43% / 25 km, czarne – 18% / 10 km)

Wyciągi: 7 (1 gondola, 5 krzesełek, 1 orczyk) + 3 dla dzieci

Snowpark: jest (300 m)

Strona internetowa: Gudauri.info

Następnego dnia chcąc się na maksa wyjeździć, jem szybko śniadanie i gonię na wyciąg. Na zegarku jest już po dziewiątej, a tymczasem wyciąg… stoi. Początkowo myślę, że coś mi się pomieszało z przestawieniem zegarków (Gruzja jest w stosunku do nas trzy godziny do przodu), ale zagadka szybko się wyjaśnia. Otóż kierownictwo ośrodka zakłada, że rano nikt zrywać się nie lubi (zwłaszcza, że może poprzedniego wieczora się imprezowało), tak więc nie ma sensu włączać za wcześnie wyciągów, bo przecież nikt się nie pojawi (no, poza napaloną narciarką z Polski). Nie mam wyjścia – czekam do dziesiątej, bo wtedy dopiero ruszają krzesła, które – tu z kolei miłe zaskoczenie, jeżdżą aż do siedemnastej. Niestety, mam pecha. Wbrew informacji, jaką podaje jeden z angielskich portali narciarskich, że jakoby „w Gudauri jest zawsze ciepło i słonecznie”, tego dnia nie jest ani ciepło, ani słonecznie. Na dodatek ze względu na dość silny wiatr, kursuje tylko dolny wyciąg (długie na ponad kilometr, potrójne krzesło). Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – w ramach rekompensaty za niedogodności jeździ się… za darmo!

Z moich obserwacji wynika, że goście ośrodka to głównie Litwini, Łotysze, Ukraińcy, wspomniani wcześniej Rosjanie, nieliczni Gruzini, oraz ich sąsiedzi, czyli Ormianie i Azerowie. Zaskakuje, że tak mało osób jeździ w kasku! Ludzi jest sporo, ale mimo wszystko kolejek do wyciągu nie ma (to znaczy jest mała, ale błyskawicznie idzie). Atmosfera nieco piknikowa – z głośników rozlega się żywa, rytmiczna muzyka (piosenki głównie… rosyjskie), zaś na stoku porozkładały stoliki miejscowe „babuszki” i handlują wszystkim, co narciarzom może się przydać. W asortymencie są m.in. ręcznie dziergane, wełniane skarpety i rękawiczki, batoniki, no i całkiem niezły wybór alkoholi, w tym gruzińskie koniaki! Jest też stragan z szaszłykami. Kto woli zjeść coś pod dachem, też ma taką możliwość. Niestety, trzeba się pogodzić z tym, że w knajpce będzie pewnie gęsto od papierosowego dymu – w Gruzji palą nawet nastolatki. Poznany na wyciągu Gruzin zaprasza mnie na tutejsze wino, w wersji grzanej oferowane jako glentwein. Nie powiem, grzaniec jest nie tylko świetny w smaku, ale w stosunku do podobnych napojów w krajach alpejskich dużo tańszy (duży kubas – 6 zł), a tak na marginesie, to mam wrażenie, że mocniejszy.

Żałuję, że nie ma widoków, okolica tonie w chmurach. Dopiero pod koniec dnia pojawia się trochę słońca i na horyzoncie wyłaniają się hipnotyzujące majestatem szczyty. Na szczęście kolejnego dnia jest już lepiej – poranek wita mnie błękitnym niebem i miłym odkryciem, że tym razem działają wszystkie wyciągi. Nie byle jaka to infrastruktura – albo Pomy, albo Doppelmayer`y. Dominują krzesełka – szybkie, 3-4-osobowe, a więc przepustowe, orczyk jest tylko jeden, 600-metrowy. Najwyżej dojeżdża mająca 2,8 km długości gondola, z której wysiada się tuż pod szczytem Sadzele, na wysokości 3007 m. Widoki – super, zjazd też. Od gondoli w dół prowadzą dwie czarne trasy i jedna czerwona, zresztą warto wiedzieć, że łatwe, oznaczone jako niebieskie stoki, stanowią w Gudauri zdecydowaną mniejszość. Swoją drogą są też trasy z homologacją FIS, co sprawia, że rozgrywa się tu sporo zawodów. Ale nie znaczy to, że słabiej jeżdżącym się nie spodoba. Plusem dla nich jest to, że rozległy teren sprawia, iż trasy są nie tylko urozmaicone, ale poza jedną, przy dolnym wyciągu (można objechać) – raczej niezatłoczone, szerokie, no i dobrze przygotowane. Oczywiście są też miejsca dla najmłodszych narciarzy, w tym specjalne place zabaw z narciarską karuzelą.

Jedno jest pewne – można się wyszaleć. Skaczę z wyciągu na wyciąg, bo cały region to w sumie 50 km tras. Kto ma niedosyt, w każdą sobotę w godzinach 20-22 może pójść jeszcze na narty nocne, na oświetlonym stoku przy pierwszych krzesełkach. Ale stoki Gudauri to także raj dla freerajdowców. Zagrożenie lawinowe występuje bardzo rzadko, chociaż czasem się zdarza – kto zamierza jeździć pozatrasowo powinien mieć ze sobą detektor.

BAKURIANI – JAK NA KRUPÓWKACH

Polubiłam Gudauri, ale żeby mieć pełną wizję, jak wyglądają gruzińskie ośrodki narciarskie, wyskakuję jeszcze do Bakuriani. Odmienność zauważam pod każdym względem. Przede wszystkim to zupełnie inne góry, nie Kaukaz, tylko jego „przedgórze” (fachowo: Pasmo Trialeti), co oznacza, że zamiast wysokich, groźnie wyglądających szczytów, mamy pagóry kojarzące się z naszymi Beskidami. Dojazd z Tbilisi jest dłuższy (ok. 2,5 godzin jazdy), ale za to w dużej mierze po płaskim, doliną rzeki rzeki Mtkvari (tak brzmi jej nazwa w wersji gruzińskiej, w rosyjskiej jest to Kura) – tej samej, która przepływa przez Tbilisi. Tak na marginesie, po drodze (30 km przed Bakuriani) przejeżdża się przez Borżomi – słynne już od czasów carskich uzdrowisko, z którego pochodzi ceniona woda mineralna. Aspiracje Borżomi ma wysokie – było jednym z kandydatów do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Tyle że sama gruzińska gościnność to za mało, bo czy dałoby radę nadrobić z infrastrukturą, raczej wątpię (jak pamiętamy ostatecznie gospodarzem igrzysk zostało Soczi). Różnica między Bakuriani i Gudauri dotyczy też charakteru miejscowości. Podczas gdy do niewielkiego, spokojnego Gudauri jeździ się raczej tylko dla nart, bo sama miejscowość nie ma za wiele do zaoferowania, Bakuriani to takie nasze Zakopane, z całkiem sporą bazą hotelową, ulicami, po których jeżdżą sanie, deptakiem otoczonym straganami (na straganach mamy wszystko, od zabawek po słoiki z miodem) i placykiem, na którym są karuzele i kucyki, chyba że wolimy atrakcje typu snowtubing czy skutery śnieżne. Po prostu typowy ośrodek rodzinny, w sezonie całkiem tłoczny. Charakterystyczne jest też, że w Gudauri dominują cudzoziemcy, w Bakuriani – rodowici Gruzini.

Bakuriani w liczbach

Tereny narciarskie: 1626-2155 m n.p.m.

Trasy: wg portalu skiresort.info: 8 km (niebieskie – 30% / 2,4 km, czerwone – 47% / 3,8 km, czarne – 23% / 1,8 km); oficjalnych informacji na ten temat na stronie ośrodka – brak

Wyciągi: wg portalu skiresort.info: 10 (w tym 1 krzesełko i 4 orczyki, 5 talerzyków) + 2 dla dzieci, wg strony ośrodka również 10, ale 1 gondola, 1 kolejka naziemna, 2 krzesełka

Strona internetowa: Bakuriani.ge


A warunki narciarskie? W tej kwestii różnice są szczególnie duże, a wynikają ze wspomnianego charakteru gór. W Bakuriani wysokości są niższe (przez to jest cieplej), stoki w dużej mierze otoczone lasami (czyli mniej ważny jest czynnik wiatru), zaś trasy krótsze, łagodniejsze, a zarazem dużo mniejszy ich wybór. No i wyciągi – te w Bakuriani są zdecydowanie gorsze, niektóre wręcz archaiczne. Na dodatek nie ma jednej góry do zjazdów – miejsca, w których działają wyciągi są dość porozrzucane. Jedno z tych miejsc to „Kanatka 25″. Kanatka to po rosyjsku wyciąg, ale skąd tajemnicza liczba? Okazuje się, że w czasach sowieckich Bakuriani stanowiło ośrodek przygotowań olimpijskich dla radzieckich sportowców (niekoniecznie tylko z myślą o sportach zimowych). Do ich dyspozycji była między innymi 25-metrowa wieża do skoków do wody, która wprawdzie dawno już nie istnieje, ale upamiętnia ją nazwa.


W sumie w Bakuriani też sobie trochę pojeździłam. W miejscu zwanym Didveli działały wprawdzie tylko jedne krzesełka (są tam też inne wyciągi, ale z niewiadomych przyczyn stały), za to trasa była całkiem wymagająca. Przyznaję jednak, że największym atutem ośrodka byli dla mnie ludzie – niezwykle gościnni i serdeczni. Na jednym ze straganów zaproszono mnie na obiad z rozłożonych na skrzynkach domowych produktów, potem zorganizowano samochód, który bez żadnej zapłaty zawiózł mnie do najbardziej oddalonych wyciągów, a w wypożyczalni nart nie wzięto ode mnie pieniędzy, tylko dlatego, że uznano, iż od samotnie podróżującej Polki nie wypada! No i jak tu nie lubić Gruzinów?

Konkluzja? Jeśli zależy nam na wakacyjnej atmosferze, na którą składają się też rozrywki pozanarciarskie (spacery, zakupy, różne atrakcje etc.) Bakuriani jest lepsze. Jeśli interesują nas głównie zjazdy i chcemy wyszaleć się na stoku – nie zastanawiajmy się, tylko jedźmy do Gudauri. Za to niezależnie od tego, gdzie będziemy, spróbujmy lokalnych specjałów, bo urok Gruzji to także świetna kuchnia. No i znajdźmy czas na zwiedzanie! Samo Tbilisi jest warte tego, aby poświęcić na nie minimum dzień, warto też zahaczyć o znajdującą się na trasie do Gudauri i Bakuriani Mcchetę – jedno z najstarszych gruzińskich miast, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jedno jest pewne – na pewno Gruzję polubimy i prawdopodobnie wcześniej czy później do tego kraju wrócimy!


Informacje praktyczne

Dolot: Za przelot do Tbilisi zapłacimy ok. 900-1000 zł. Bezpośrednie połączenia z Warszawy oferuje LOT, ale warto sprawdzić też przesiadkowe loty innych przewoźników. Najtańsze połączenia do Gruzji ma z Polski Wizzair (zimą za ok. 200 zł w jedną stronę), tyle że samoloty tego przewoźnika lądują w Kutaisi, ok. 230 km od Tibilsi.

Wiza: na pobyt do 90 dni wizy nie potrzebujemy.

Język: gruziński, przy czym gruzińskie napisy (zawiłe „robaczki”), trudno z czymkolwiek skojarzyć. Coraz więcej Gruzinów (zwłaszcza młodych) mówi już po angielsku, ale jak na razie najbardziej użyteczny jest jednak rosyjski (nie obawiajmy się że wezmą nas za Rosjan – zorientują się, że to nie nasz rodzimy język).

Waluta: lari (GEL). 1 GEL = 1,91 zł, 1 euro = 2,25 lari

Dojazd do ośrodków: Z Tbilisi do Gudauri jest 120 km. Marszrutkami (mikrobusami) przejazd kosztuje tylko 4 lari, ale trzeba pamiętać, że nie mają one rozkładów jazdy i czasem na odjazd trzeba długo czekać. Taksówka na tej trasie kosztuje ok 30-350 dolarów, wynajęcie busa 75 dolarów za 3 osoby, 100 dolarów za 7 osób. Z Tbilisi do Bakuriani jest 180 km, co oznacza ok. 2,5 godzin jazdy. Marszrutka na tej trasie to wydatek ok. 10 lari

Skipassy: W Gudauri jeden wjazd wyciągiem kosztuje 5 lari, w Bakuriani – 4 lari. Skipass 1-dniowy to w obydwu ośrodkach, niezależnie od sezonu 30 lari dla dorosłych i 20 lari dla starszych dzieci (maluchy do 6 lat jeżdżą za darmo), natomiast za skipass na 6 dni dorośli zapłacą 160 lari, dzieci 107. Od tego roku jest możliwość zakupu skipassu łączonego, na obydwa ośrodki. Przykładowo wersja na 7 dowolnie wybranych dni ma cenę 190 lari dla dorosłych i 120 lari dla dzieci. Karnety koduje się w kartę, za którą płaci się 4 lari.

Co, ile: wynajęcie instruktora to 50 lari za godzinę, wypożyczenie sprzętu 25-35 lari za dzień. Z atrakcji na stoku mamy m.in. paralotnie – za krótki, 10-15 minutowy lot w tandemie z instruktorem zapłacimy 150 lari (w cenie zdjęcia).

Zakupy spożywcze: W Gudauri jest kilka małych sklepików i jeden supermarket (Smart), ale jak to w kurorcie, ceny są wyższe niż w Tbilisi. Dobrym pomysłem jest zatrzymanie się w drodze z lotniska w stolicy przy jakimś himpermarkecie (np. Goodwill) aby zrobić duże zakupy, a na miejscu dokupywać tylko drobiazgi. W Bakurani z zaopatrzeniem nie ma problemu, bo to normalnie funkcjonujące miasteczko.

Ubezpieczenie, pomoc medyczna: dawniej skipassy na Gudauri obejmowały ubezpieczenie, teraz już nie. Polisę ubezpieczeniową trzeba mieć, bo służba zdrowia w Gruzji jest płatna, a biorąc pod uwagę to, że zazwyczaj ratowanych trzeba przetransportować do szpitala w Tbilisi, może być to kosztowne. Telefon alarmowy, np. w razie wypadku na stoku, to 112.

Zakwaterowanie: Najtańsze są hostele, od 15 dolarów za noc, i 25-35 dol. za nocleg z dwoma posiłkami. Inna opcja to mieszkania do wynajęcia – kwatera dla 3-6 osób, z dostępem do kuchni to przeciętnie 100 dolarów za dobę. Jeśli chodzi o hotele, to w Gudauri, w najbardziej renomowanym Marco Polo (basen i inne atrakcje) ceny za standardowy pokój zaczynają się od ok. 200 dol. za noc.

Sezon: W obydwu ośrodkach sezon trwa oficjalnie od grudnia do kwietnia, ale wszystko zależy od pogody. Przy dobrych zimach wyciągi działają już od końca listopada do nawet początku maja, chociaż zimą 2013/14 ze względu na warunki śniegowe ośrodek w Gudauri ruszył pełną parą dopiero od 25 stycznia (obecny sezon jest lepszy!).


Powyższy artykuł pochodzi ze skimagazyn.pl, naszym zdaniem najlepszego w Polsce portalu o nartach i narciarstwie.


Podziel się!
Oceń ten post: 1  

 

Zobacz jeszcze

Jadę na zjazd w ...

W sobotę pierwszy raz w życiu obejrzę (na żywo, a nie w telewizji) zjazd rozgrywany ...

Komentarze


Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy.

Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe