POLUB NAS

Birma cz. III "Inle Lake – wodny świat."

Azja Birma

Maj 23, 2016, 10:56 3 10 ElzbietaW

 
Szalone Sześćdziesiątki na trasie.------------------------------ W młodości rzeczywistość i ustrój nie pozwalały na podróże. Teraz od paru ładnych lat docieramy do odległych miejsc, które tkwiły w naszych marzeniach. Jesteśmy w słusznym wieku, więc nie mamy specjalnych zahamowań ani kompleksów. Za to mamy naprawdę dużą determinację i ciekawość świata. Będąc emerytkami zbieramy nasze skromne środki, żeby realizować te marzenia. A w miarę upływu czasu marzeń wciąż nam przybywa.
"Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie"
Paulo Coelho, "Alchemik"
Zapraczamy do poprzednich części artykułu: cz. I oraz cz. II

Nyaungshwe, Inle Lake

            Rano budzi mnie narastający warkot silnika, podobny do dźwięku nadlatującego helikoptera, po chwili cichnie. Przysypiam, za chwile znowu to samo, nie ma rady trzeba wstać. Po drewnianych schodkach naszego bungalowu w piżamie schodzę na podwórko. Obok wejścia do kuchni, która znajduje się w oddzielnym budynku siedzi w kucki Aung i roznieca ogień na malutkim palenisku podkładając drewienka pod ruszt na którym stoi osmalony czajnik. Przygotowuje dla nas śniadanie głównie z jajek ale do wyboru, omlet, jajecznica, gotowane jajka, do tego klasyczne tosty, kawa o smaku naszej Inki i skondensowane słodzone mleko. Wszystko to przygotowane na jedynym (nie ma innego) małym palenisku wielkości średniej patelni. Drewno nie jest tanie, kupuje się je na targu w małych wiązkach. Widziałyśmy całą rodzinę, która dokładnie obcinała gałęzie zwalonego pnia i szykowała gotowe wiązki może dla siebie a może na sprzedaż.

Po wymianie powitalnych uśmiechów idę 10 kroków i siadam przy stole stojącym na drewnianym podeście, tuż nad wodnym kanałem prowadzącym do jeziora Inle. Warkot, który mnie obudził to przepływające co parę minut długie łodzie poruszane przez ryczące silniki. Przewożą one ludzi do pracy, towary i przybywających nad jezioro turystów. Dużo kobiet z miasteczka pracuje w hotelach, pensjonatach czy restauracjach usadowionych na jeziorze Inle.

Do śniadania jeszcze trochę czasu, siedzę więc i patrzę, można powiedzieć na dwukierunkową wodną autostradę. Turyści w łodziach siedzą wygodnie w plastikowych fotelikach, maksimum 5, 7 osób, natomiast tubylcy zgnieceni siedzą w kucki prawie jeden na drugim ale machają do mnie i uśmiechają się. Zważywszy na zamieszkiwane przez Birmańczyków wyspy i wysepki mieszczące się na jeziorze, łodzie te, to w Nyaungshwe podstawowy środek lokomocji.

Ich gospodarstwa to domy stojące na wysokich palach, poletka ryżowe, pływające warzywne ogrody, uprawiane w oryginalny, jedyny na te warunki sposób i oczywiście połów ryb.

Nasz gospodarz o imieniu Joye (27 lat) razem z Aungiem (też młody chłopak) prowadzą guest house, o nazwie „Big Drum”, który mieści się tuż przy głównym szlaku wodnym. Murowany nieduży dom, a w nim pomieszczenie kuchenne, lodówka, stoły,umywalka i półki na garnki, Z kuchni wychodzi się na dużą krytą werandę, na której to jadamy posiłki, pijemy piwo i oglądamy przepływające łodzie. Panowie sami pieką dla nas na ruszcie ryby z przyprawami i surówką jarzynową. Robią też świeże soki z owoców, dla mnie pyszny z ananasów, gotują ryżowe makarony z przeróżnymi dodatkami i pewnie jeszcze inne potrawy których nie miałyśmy okazji skosztować.

Mieszkamy w 2-ch drewnianych bungalowach (są tylko dwa), stojących na wysokich palach, wśród skromnej zieleni. Spore pokoje z wygodnymi oddzielnymi łóżkami z moskitierami, drewnianą ławą, a przy wejściu do pokoju na zewnątrz stolikiem i dwoma krzesłami. Łazienka jak za tą cenę standardowa tj. kibel, ledwo trzymająca się malutka umywalka, lustro i wystający ze ściany prysznic.

Atmosfera sielska, można powiedzieć rodzinna, toteż nie przejmując się, że ktoś może mnie zobaczyć, rano wychodzę w piżamie na schodki i pokrzykując do Joy proszę o puszczenie ciepłej wody. Przy domkach na rusztowaniu stoi duża bania wypełniona wodą, w ciągu dnia nagrzewana przez gorące birmańskie słońce. Za 2 osobowy pokój z łazienką i śniadaniem płacimy 10 dolarów za noc.

Muszę dodać, że domki te znalazła dla nas nieposkromiona w swojej energii Zosia. Otóż po wielu godzinach jazdy przez góry, już późnym wieczorem, kiedy dojechałyśmy do Nyaungshwe, kierowca, który nas wiózł, na naszą prośbę zawiózł nas do zapisanego w moim zeszycie polecanego niedrogiego hotelu. Niestety na miejscu okazało się, że ceny za pokoje są dla nas nie do przyjęcia. Miły kierowca tym razem zawiózł nas do hotelu prowadzonego przez Chińczyków, gdzie sam nocował i chyba miał sporą zniżkę noclegową od przywiezionych turystów. Byłyśmy zmęczone i postanowiłyśmy przenocować jedną noc, a następnego dnia poszukać czegoś tańszego, mimo że pokoje były przyzwoite, ale ciemne i jakieś takie markotne, cena ze śniadaniem 15 $ za pokój 2 osobowy z łazienką. Zmęczone, po herbacie i porcji rumu, zaległyśmy. Natomiast nasza Zosia Samosia ruszyła w ciemne ulice miasteczka, kompletnie nie znając jego topografii, w poszukiwaniu pensjonatu, który będzie nam pasował. I znalazła !

Rano dnia następnego po śniadaniu, zamówionymi motorowymi przyczepkami zajechałyśmy do „Big Drum” gdzie już oczekiwał nas Joey. Nasze oczekiwania co do tego guest house zostały w 100% spełnione.

Tak jak inni turyści wynajęłyśmy łódź motorową na cały dzień. Jezioro nie jest głębokie, otaczają je góry, tworząc przepiękne widoki, atmosfery dodaje rozciągnięta wokół ale przejrzysta srebrna szarość. Pojawiają się rybacy łowiący ryby w oryginalny sposób. Stoją na jednej nodze na dziobie chybotliwego kanu druga noga trzyma i steruje wiosłem a wolne ręce służą do zarzucania na ryby bambusowych koszy lub sieci.

Zobaczyłyśmy pływające warzywne pola, gdzie wydobywany z dna muł nakładany jest na warstwę wodorostów, a bambusowe tyki wbijane w dno niczym kotwice utrzymywały pole w jednym miejscu. I tak dojrzewały ogórki, pomidory, fasola w żyznym bogatym w składniki podłożu.

Nasz przewoźnik zawozi nas do paru ciekawych miejsc, m.in. na wodny targ gdzie na małej powierzchni rozsiedli się sprzedawcy z towarami potrzebnymi do życia, asortyment przebogaty, warzywa, suszone ryby, zioła, nasiona, owoce, wyroby z bambusa, ciuchy i wiele potrzebnych do życia produktów. Klienci suną łodziami ze wszystkich pobliskich wiosek. Aby wysadzić, a potem zabrać ludzi, podpływają w kolejce do wąskiej ścieżki, a parking to obszar wodny, gdzie łodzie parkują jedna przy drugiej – tworzy się swoisty korek na wodzie.

Inna wyspa to miejsce gdzie wyrabiane są ręcznie miejscowe produkty, zresztą głównie dla turystów, m.in. parasolki wyglądające jak z pergaminu, ale produktem wyjściowym nie jest papier a wodorosty, specjalnie wygniatane i suszone na sitach. Mnie urzekły mięciutkie w dotyku szale, wyrabiane ręcznie z kwiatów lotosu tzn. z łodygi tego kwiatu. Piękne ale drogie, mały szalik to koszt ok. 150 $. Zamiast szala zakupiłam robione ekologiczne cygara podobno nie zawierające nikotyny. A tak swoją drogą, po co im nikotyna skoro większość Birmańczyków żuje betel zawierający porcje narkotyku, ich zęby są krwawe i wyglądają jak zęby wampirów.

Czwartego dnia pobytu nad jeziorem Inle Ania i Zosia wyjeżdżają do Rangunu. Nie mają tyle czasu na zwiedzanie jak my z Joasią, szczęśliwe emerytki. Chcą jeszcze pojechać chociaż na trzy dni do Kambodży, oby im się udało. Joasia już jest w lepszej kondycji, toteż postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę rowerową wokół jeziora Inle. Rowery można wypożyczyć w Nyaungshweza niewielką kwotę. Tymczasem Joe zaproponował nam własny rower plus jeden od kolegi za jeszcze cenę niższą.

Podchodzimy bliżej i pojawia się młody mnich, który wita nas i zaprasza w stronę schodów prowadzących do wnętrza klasztoru. Znika ale za chwilę słyszymy zgrzyt klucza i już inny starszy mnich stoi w progu i zaprasza do środka. Surowe, drewniane, ciemne wnętrze rozdzielone słupami. Po jednej stronie na podeście stoi kilka posągów Buddy, otwarte okna wychodzą na ryżowe rozległe pola. Starszy mnich wypytał nas, skąd jesteśmy i ku naszemu miłemu zaskoczeniu zrobił nam mały wykład o czasach II wojny światowej i roli Polski, wspomniał o naszym Papieżu i o Wałęsie. Wyciągnął księgę z wpisami turystów odwiedzających ten klasztor i pokazał nam wpisy naszych rodaków. Był bardzo zadowolony,

kiedy Joasia napisała po polsku (tak sobie życzył) parę miłych słów. To nie był koniec wizyty, zostałyśmy poczęstowane mandarynkami i bananami, a następnie musiałyśmy obejrzeć zdjęcia przedstawiające uprawę ryżu poczynając od zasiania do zbiorów. Odchodziłyśmy żegnane przez młodego i starszego mnicha, strażników podupadającego już klasztoru. Do stojącej z boku skarbony wrzuciłyśmy pieniądze, zamiast tradycyjnych potraw z jedzenia, które Birmańczycy wkładają do misek pielgrzymujących rankiem mnichów.

To był nasz pierwszy przystanek, ruszyłyśmy dalej, coraz bardziej pod górę, w coraz bardziej rozgrzanym powietrzu, około 30 C w cieniu. Parę razy zatrzymywałyśmy się, żeby napić się wody i uspokoić walące serca, przystanki to ocienione od słońca wiaty, gdzie można było kupić wodę albo napić się za darmo zielonej herbaty. Miejscowi, głównie mężczyźni przyglądali się nam, uśmiechali, wymieniali między sobą uwagi, siedząc w cieniu i nic nie robiąc, ale służyli pomocą jak umieli gestykulując i tłumacząc dalszą drogę. Jedziemy dalej, upał coraz większy, tym razem droga asfaltowa biegnie u podnóża gór, wznosi się i opada. Po prawej i lewej stronie drzewostany charakterystyczne dla terenów górzystych, gdzie niegdzie małe gospodarstwa z uprawnymi małymi poletkami, czasami drzewa bananowe, figowe i z owocami mango, które widziałam po raz pierwszy.

Było pięknie, gorąco, trochę dziko, ale sił miałyśmy coraz mniej, a dalsza trasa nie zapowiadała się lekko. Podjęłyśmy decyzję; nie wracamy, jedziemy do przodu, do miejsca, które nazywa się w przewodniku „spring water”, a dalej zobaczymy. Po 30 minutach dojeżdżamy, elegancki, zadbany obiekt, naprzeciw wychodzą 2 panienki, które po parokrotnym wysłuchaniu naszych pytań o dalszą drogę i możliwości przeprawy przez jezioro na drugą stronę, wołają stojącego obok mężczyznę. Trafiłyśmy w dziesiątkę (albo facet wiedział, gdzie czekać na takie rowerzystki). Powiedział, że nie ma problemu, on nam zorganizuje przewóz łodzią, mamy jechać za nim. Zanim ruszyliśmy panienka pokazała nam co tracimy, tj, spring water, nieduże baseny z gorącą, zapewne źródlaną wodą. Akurat moczyły się w nich 2 pary, chyba Francuzów, ceny za godzinę od 5 do 8 $. Cały ten obiekt patrząc na otoczenie wygląda jak ściągnięty z innej planety.

Podążamy za naszym „wybawcą” (elegancko ubranym, na motorze), po 20 minutach zjeżdżamy z głównej drogi do wsi leżącej nad jeziorem, następuje targowanie ceny za przeprawę. Nasz „biznesmen” wydał krótkie polecenie i za chwilę zza chałupy wynurzyła się długa łódź. Joasia czujnie zażyczyła sobie 2 krzesła, a pod nogi kawałek wykładziny, nastąpiło ładowanie, najpierw rowerów potem nas, pomaga nam młody mężczyzna, który po chwili włącza silnik i w drogę. Przyjemność trwa około 40 minut, jesteśmy już po drugiej stronie Inle Lake, bliżej Nyaungshwe .

Droga, którą suniemy rowerami jest bardziej płaska, nie ma męczących podjazdów, więcej też przydrożnych chałupek. Decydujemy się na jeszcze jeden postój pod małą bambusową wiatą, gdzie wystawione są do sprzedaży butelki z napojami, cukierki i pakowane chyba suszone rybne chipsy i owoce. Ja spragniona jestem piwa, może będzie, no i było, tyle że ciepłe, ale trudno zapytałam a teraz muszę wypić. Już miałyśmy zasiąść pod wiatą, kiedy mężczyzna gestem i uśmiechem zaprosił nas do małej chatynki, a rowery odstawił w zacienione miejsce. Zdjęłyśmy buty i po trzech schodkach weszłyśmy do wnętrza, na podłodze siedziała żona mężczyzny chyba przejęta tą niespodziewaną wizytą. Matka trojga dzieci pokazała nam jak się robi „tanakę”, smarowidło, którym smaruje się twarz, a chroni ono przed oparzeniem słonecznym. Prawie wszyscy Birmańczycy, (głównie kobiety) poza miastami smarują nim twarze a kobiety robią to dodatkowe w fantazyjne wzory. Powierzchnia izdebki to tak na oko ok. 6 m 2 pod jedną ze ścian leżały ułożone chyba koce, które nocą służą za posłanie dla 5 osób.

Na zewnątrz wśród bananowych drzew stał ładny bambusowy kibelek. Mężczyzna nie rozmawiał z nami, był na zewnątrz, po chwili przyszła sąsiadka i konwersacja na migi trwała dalej, były uśmiechy i okazywana w gestach serdeczność. Po wypiciu wody i piwa, zapłaciłyśmy kobiecie (wcześniej mężczyzna powiedział jej, ile mamy zapłacić), serdecznie podziękowałyśmy i ruszyłyśmy dalej.

Po 1,5 godzinie jazdy dojechałyśmy do Nyaungshwe i dalej przez mostek nad kanałem dojechałyśmy do „Big Drum” i naszego bungalowu.

Nie ma co ukrywać, parogodzinna jazda na rowerze w terenie górzystym (może nie aż tak bardzo) ale w temperaturze powyżej 30 stopni C zrobiła swoje toteż elegancko padłyśmy na łóżka. Po 2 godzinach odpoczynku zjadłyśmy wcześniej zamówioną, pieczoną na ruszcie rybę, i popiłyśmy zimnym piwem.

Siedząc nad wodnym kanałem, mając w oczach i pamięci obrazy mijającego dnia, ciężkiej pracy tutejszych ludzi ich oczekiwań i przyszłości podziękowałam w duchu opatrzności, że jestem tutaj tylko jako turysta.

zdjęcie główne: paularps 

 

Birma, luty 2012 r.

Tekst i zdjęcia Elżbieta Wojnarowska


Podziel się!
Oceń ten post: 10  

 

Zobacz jeszcze

Nepal - Przed tragedią

Szalone Sześćdziesiątki na trasie.------------------------------ W młodości rzeczywistość i ustrój nie pozwalały na podróże. Teraz od ...

Birma cz.II "Bagan – ...

Szalone Sześćdziesiątki na trasie.------------------------------ W młodości rzeczywistość i ustrój nie pozwalały na podróże. Teraz od ...

Birma – magia Rangunu

Szalone Sześćdziesiątki na trasie------------------------------ W młodości rzeczywistość i ustrój nie pozwalały na podróże. Teraz od ...

Komentarze

  • Gość - Diana

    Jesteście Panie dowodem na to, że pasja życia, ciekawość świata, ludzi, chęć podróżowania w nieznane nie jest ograniczona wiekiem. Bo nie wiek nas blokuje przed tym co nieznane, bo tak nie wypada itp...ale umysł, któremu zazwyczaj ulegamy zagłuszając własne pragnienia. Życzę Wam wiele ciekawych podróży w rożne rejony świata. Dopóki tkwi w nas ciekawość jaką mają w sobie dzieci, dopóty jesteśmy młodzi. Diana;

    Odpowiedz


  • Gość - Marek.P

    Napisze krótko: szacun dla Pań i to bardzo ciekawy artykuł.

    Odpowiedz


  • Gość - Anna

    Fascynujace I pięknie opisane. Gratulacje dla autorki

    Odpowiedz



Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Słowa kluczowe