POLUB NAS

Afryka - brutalna rzeczywistość i świat niekończących się cierpień cz.2

Wywiad Afryka Piotr Smirnow Joanna Osicka

Sty 08, 2016, 13:41 1 12 PiotrSmirnow

 
Poniżej przedstawiam drugą część wywiadu z Piotrem Smirnowem, w której skupiliśmy się na trudach życia codziennego oraz zderzeniu starych tradycji z wpływami cywilizacji.

Poniżej przedstawiam drugą część wywiadu z Piotrem Smirnowem, w której skupiliśmy się na trudach życia codziennego oraz zderzeniu starych tradycji z wpływami cywilizacji.

 

Jeśli chcesz przeczytać cz.I wywiadu kilkinj TUTAJ

J: Jak podczas Waszego pobytu radziliście sobie, gdy chcieliście gdzieś zadzwonić? Czy tam istnieje w ogóle łączność?

P: Oczywiście, że tak. Komórki wręcz zawładnęły Afryką. Niektórzy mają nawet po dwa telefony. Z prostej oszczędności. Chcąc zadzwonić do jednej sieci używają jednego telefonu, a gdy przyjdzie im skontaktować się z inną siecią, korzystają z drugiego aparatu. Większość kart jest oczywiście przedpłacanych, a telefon komórkowy o podstawowych funkcjach kosztuje kilka dolarów. Dochodzi do tego prawdziwa fascynacja możliwościami telefonii komórkowej, bo tradycyjna telekomunikacja na tych terenach niemal nie istniała, a fizyczny kontakt był i pozostaje nadal bardzo utrudniony z powodu braku dróg. Anteny transmisyjne stawiane są na terenach, gdzie nadal nie ma prądu. Zasilane są z własnych generatorów, gdzie, za cichym przyzwoleniem operatorów, miejscowi ładują również swoje telefony. Często można spotkać też punkty odpłatnego ładowania telefonów z paneli słonecznych, zakładane przez wspólnoty lub lokalnych biznesmenów.

J: Słyszałam kiedyś, że w Nigerii, jeśli ma ktoś do wyboru kupić jakiś przedmiot czy urządzenie od białego człowieka i taki sam przedmiot od Nigeryjczyka to zawsze kupi od białego. W mniejszych miejscowościach bardzo cenią białych ludzi. Czy podobnie jest też w Sierra Leone?

P: Poniekąd tak jest. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że ludzie w krajach afrykańskich mają świadomość, że to, co trafia na ich rynek jest gorszej jakości, najtańsze, często niechciane i wyrzucane przez Europejczyków. Dlatego też jeśli mają kupić coś od czarnoskórego, to dziesięć razy się zastanowią, bo jeśli sprzedawany na pierwszy rzut oka produkt jest dobrej jakości, to jest szansa, że jest on albo kradziony albo podrabiany. Kupując od białego człowieka taką samą rzecz wiedzą, że kupują od człowieka bogatego. Bogatego na ich standardy, który oczywiście używa tylko najlepszych rzeczy.

My zupełnie mylnie uważamy, że w Afryce nie mają pojęcia jak wygląda świat. Uwierz mi, telewizja dociera wszędzie. Skąd np. tacy emigranci wiedzieliby, że w Europie zarabia się lepiej i są lepsze warunki życia? To, że w małych wioskach Afryki nie ma prądu, nie oznacza wcale, że miejscowi nie mają kontaktu ze światem. Wódz lub lokalny przedsiębiorca w swojej lepiance niejednokrotnie posiada mały generator na ropę, stary telewizor i antenę satelitarną. Często też wywiesza tablicę z terminami meczów piłki nożnej, zazwyczaj ligi angielskiej, na które sprzedaje bilety. Wtedy wszyscy zbierają się i patrzą na całkowicie inny świat. Nasz świat. Ta rozbieżność, którą widzą powoduje, że oglądają programy w skupieniu, z uwagą. I marzą o takim świecie. Doskonale zdają sobie także sprawę, jak już wcześniej wspomniałem, że to, co do nich trafia to wyłącznie okruchy naszego europejskiego życia.

J: Piotrze, jak długo byłeś w Gwinei Bissau i Sierra Leone?

P: Około miesiąca za każdym razem.

J: Co było dla Ciebie trudne, żeby przyzwyczaić się do tamtejszej rzeczywistości? Co wymagało od Ciebie pracy, żeby sobie z tym poradzić?

P: Po wielu wcześniejszych podróżach do Afryki nie było dla mnie trudne, żeby się zaaklimatyzować. Wystarczyło znaleźć jakieś zakwaterowanie, miejsce, gdzie raz na jakiś czas można było się umyć. Wiadomo, że 40 stopniowy upał plus kurz, który oblepia całe ciało po każdej, nawet najkrótszej podróży, rodzi ogromne pragnienie, żeby się wykąpać. O wodę jest zazwyczaj trudno, więc zdarzało się nam niekiedy kąpać w rzekach, gdzie żyją krokodyle. Polegaliśmy na zapewnieniu mieszkańców, że w miejscu naszej kąpieli ich nie będzie.

Ważną kwestią, która wymagała trochę wysiłku było szukanie informacji i nasłuchiwanie wiadomości, jak ruszyć dalej z miejscowości czy wioski, do której się dostaliśmy. Poza tym trzeba zawsze słuchać wszelkiego rodzaju ostrzeżeń. Niejednokrotnie zdarzało mi się, że ktoś łapał mnie za rękaw mówiąc, żebym nie szedł w danym kierunku, bo czekają mnie tam nieprzyjemności. Jednak nie można popadać w paranoję. Zazwyczaj miejscowi mieszkańcy, którzy czują, że ich szanujemy, odwdzięczają się nam przychylnością i pomocą.

Pamiętam jak dziś taką sytuację. To miało miejsce gdzieś na granicy z Wybrzeżem Kości Słoniowej, gdzie podróżowałem z moim synem, Tomkiem. Według mnie to świetnie obrazuje poziom (nie)bezpieczeństwa. Wieczorem, po długiej podróży, dotarliśmy do jakiejś wioski, która znajdowała się na pograniczu Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Była już chyba 11 w nocy, gdy znaleźliśmy jakieś miejsce do spania i zrzuciliśmy nasze brudne plecaki. Zmęczeni usiedliśmy, żeby porozmawiać. Po chwili Tomek wpadł na pomysł, że pójdzie kupić, a raczej zdobyć skądś piwo. Nie byłem entuzjastycznie nastawiony, bo wiedziałem, że o tej porze już wszyscy w wiosce śpią. Zapewnił mnie jednak, że da radę i zniknął. Wrócił o 3 nad ranem.

J: Jak to? Czemu go tak długo nie było?

P: Zastanawiałem się, szczerze mówiąc, jak i gdzie będę go szukać. Niemniej, ucieszyłem się na jego widok, bo wrócił cały i zdrowy. Opowiedział mi, w jaki sposób udało mu się zdobyć upragniony trunek. Najpierw kilka razy przemierzył śpiącą wioskę i nie napotkał nikogo, kto mógłby mu pomóc. Ostatecznie zauważył przed jakimś domem siedzących dwóch mężczyzn i zapytał ich, czy wiedzą, gdzie o tej porze można kupić piwo. Z zasady oczywiście zaznaczając, że ma na to tylko 15 cedi, czyli około 4 dolarów, żeby nie paść ofiarą grabieży. W pierwszej chwili wyśmieli go i stwierdzili, że o tej porze nie ma na to szans. Jednak po dyskusji między sobą stwierdzili, że chyba znają miejsce, gdzie o tej porze można dostać alkohol. Kazali mu iść za sobą..

J: Już się boję…

P: Poszli przez las. Tomek myślał, że to będzie najwyżej kilkaset metrów, jednak idąc za nimi pokonywał kolejne kilometry ścieżką przez dżunglę. Ostatecznie doszli do wioski, gdzie mężczyźni zaczęli dość mocno walić w drzwi jednej z lepianek. Cisza. Ponownie zaczęli uderzać pięścią w drzwi. Po chwili wyszła zaspana kobieta, która spytała, co ich do niej o tej porze sprowadza. Wyjaśnili powód swojej wizyty. Kobieta wróciła do ciemnego wnętrza i po chwili przyniosła im trzy butelki ciepłego piwa. Jak się okazało koszt zakupu był mniejszy niż 15 cedi. Należała się więc reszta.Regułą jest, że w Afryce nikt nie ma reszty. Jednak trzeba było jakoś temu zaradzić. Tomek bez namysłu więc powiedział: „reszta może być w akpeteszi” (akpeteszi to lokalny bimber, destylowany z wina palmowego). Chodziło o zasadę. Nie można tak po prostu powiedzieć, że reszty nie trzeba. W skromnych społeczeństwach należy tę resztę rozliczyć z szacunku dla pieniędzy, których nikt tam nie ma w nadmiarze. Zatem resztę, w postaci akpeteszi, otrzymaliśmy w zawiązanej torebce foliowej. Butelka, warto podkreślić, jest w Afryce luksusem.

J: Całe szczęście, że wszystko dobrze się skończyło.

P: To nie koniec historii. Mężczyźni zabrali mu z rąk butelki piwa i bez słowa poszli przed siebie. Tomek, niewiele myśląc, ruszył za nimi. Znów wracali kilkadziesiąt minut przez las. Różne myśli przychodziły mu do głowy. Nagle zauważył, że wyszli z gąszczy i ujrzał na powrót naszą wioskę. Panowie zatrzymali się przed naszą lepianką, oddali mu piwo, serdecznie uścisnęli ręce i życzyli udanej nocy.

J: Całe szczęście, że nic się nie stało. Byłeś kiedyś napadnięty ?

P: Tak, raz mi się zdarzyło. To było w Kamerunie, w samym centrum Duali. Akurat byłem w towarzystwie miejscowego, który twierdził, że to miejsce jest bezpieczne. Jak już wspomniałem, duże miasta sprzyjają kradzieżom, bo dają anonimowość, a biały jest dobrym celem, bo zazwyczaj ma przy sobie jakąś gotówkę. Poza tym świeci swoją twarzą na kilometr, czym przywabia cwaniaków i zbirów. Zostaliśmy osaczeni przez kilkunastu osiłków. Dla mojego znajomego, starszego człowieka, było to zaskoczeniem. Wychował się w małym miasteczku, gdzie miejscowi wiedzieli o sobie wszystko. Do życia w Duali zdążył się już przyzwyczaić i czuł się tu dobrze, ale nie spodziewał się, że biały tak szybko stanie się celem napadu. Na szczęście dużo wtedy nie straciłem. Raptem kwotę, która miała pokrywać moje dzienne wydatki. Trzeba przy tym mieć na uwadze, że Kamerun, podobnie jak sąsiednia Nigeria, jest krajem dość niebezpiecznym z powodu dużych kontrastów społecznych, o czym już wcześniej rozmawialiśmy.

J: Jak wygląda codzienność?

P: Życie w wioskach i miasteczkach toczy się w dużym przywiązaniu do lokalnej kultury i obyczajów. W większych miastach jest inaczej. To jest tygiel skupiający sporo przyjezdnych. Przyjeżdżają tam ci, co szukają pracy, lepszego życia, czy po prostu uśmiechu szczęścia. Jedni to znajdują, inni nie. To wpływa na poziom ich frustracji i determinuje zachowania. Duże miasta są więc nieprzewidywalne i niekiedy niebezpieczne. Ciekawe jest przy tym, że nawet w dużych miastach Afryki część społeczności zachowuje swoje zwyczaje i próbuje żyć jak w wiosce. Na przykład we Freetown sporo ludzi wieczorem wystawia na zewnątrz drewniane skrzynki czy stoliki. Oświetlają to wszystko jakąś świeczką i handlują. Wówczas całe centrum przeobraża się w targowisko. Z czegoś muszą żyć. Jeśli nie udało im się zarobić w ciągu dnia, to próbują dorobić wieczorem, a przy tym czują się trochę jak w rodzinnych wioskowych społecznościach.

Życie w miastach daje dodatkowe szanse i możliwości, jednak jest mocno zależne od sytuacji gospodarczej i politycznej. Wioski zaś żyją w sposób godny i uporządkowany, o ile w całym kraju nie ma zamieszek. Każda wioska ma swojego wodza bądź wodzów, którzy odpowiadają za inną sferę życia. Zwyczajowo, gdy przybywa się do wioski, trzeba udać się do wodza i rady starszych żeby dostać zgodę na pozostanie w wiosce. Często jest to przesłuchanie, które może trwać kilka minut lub  ponad godzinę.

J: Przesłuchania? W jakim celu? Jakie padają pytania?

P: Często żadne. To znaczy wódz i starszyzna muszą zdecydować, czy pozwolą nam zostać w wiosce czy nie. Takie przesłuchanie odbywa się w różnej formie. Na jednej z odległych wysp Bijagos w Gwinei Bissau zaprowadzono nas bezpośrednio do króla, który zasiadł sobie obok nas i w ten oto sposób sobie miło pomilczeliśmy. Starszyzna nie była obecna. Na samym początku wręczyliśmy przywódcy dary. Nie są to jakieś bardzo drogocenne podarunki. Jest to zazwyczaj kilka liści tytoniu, bimber palmowy lub garść orzeszków cola, które są darem powitalnym, niekoniecznie wartościowym, ale tradycyjnym. W tamtej sytuacji brak pytań ze strony władcy wynikał pewniez tego, że byliśmy zarekomendowani przez naszego znajomego, z którym tam przybyliśmy, a który wychował się w tej wiosce. Dlatego też nie było żadnej podejrzliwości czy dociekań. Raczej wszyscy traktowali nas z dużą serdecznością i ciekawością. Białych tam nie widywano, więc byliśmy w centrum zainteresowania, czyli czuliśmy się jak miśki polarne, które wpadły do afrykańskiej wioski w odwiedziny. Wioska znajdowała się w środku porośniętej dżunglą odległej wyspy, do której dotarliśmy rybackim czółnem w towarzystwie naszego znajomego, który był szczęśliwy mogąc znów spotkać swoich bliskich.

W tej samej wiosce odwiedziliśmy także królową. To była dość smutna wizyta. Wprowadzono nas do lepianki, gdzie siedziała staruszka z insygniami królewskimi. Na głowie miała kask budowlany, nieco pokolorowany, który zdecydowanie odróżniał ją od reszty tamtejszej społeczności. Nie wiem skąd ten kask się tam pojawił. Królowa za pośrednictwem naszego znajomego podziękowała za dary, ale długo pozostawała smutna i milcząca. Gdy wreszcie przemówiła, to okazało się, że traciła wzrok i ledwo widzi. Pytała, czy nie mamy nic, co mogłoby jej pomóc. Niestety wszelkie lekarstwa zostawiłem wraz z całym ekwipunkiem na wyspie, gdzie mieszkaliśmy. Było mi bardzo przykro, że nie mogłem pomóc.

J: Czy w innych miejscach podobnie was witano i przyjmowano?

P: W Kamerunie dotarliśmy do prowincji Oku przy granicy z Nigerią, gdzie wraz ze znajomą byliśmy przez dwa dni gośćmi fona, czyli tradycyjnego króla. Trafiliśmy tam dzięki rekomendacji dyrekcji British Council z Yaounde, z którą król utrzymywał kontakt. Prowincja Oku, składająca się z kilkudziesięciu wiosek, oficjalnie podlega administracji państwowej.

Jednak król nadal traktowany jest z wielką czcią i uznawany za władcę. Poddani pozostają w jego obecności na kolanach i nie powinni zwracać się do niego bezpośrednio. Nawet sąd cywilny, który nadal tradycyjnie pozostaje w gestii króla, nie jest wykonywany bezpośrednio, a za pomocą posłańców krążących pomiędzy stronami a pałacem. Zanim fon objął tron miał tylko jedną żonę. Jednak po przejęciu władzy musiał poślubić 18 żon po swoim zmarłym wujku – poprzednim królu. Podczas naszej wizyty miał ich już 47, co było wyrazem dużego szacunku poddanych. Największym rodom zależało, żeby przynajmniej jedna z ich córek stała się żoną króla. Pomimo obowiązującego protokołu królewskiego spędziliśmy na spotkaniach z królem dwa pełne popołudnia. Początkowy dystans zastąpiła ciekawa i niebanalna rozmowa. Król nie unikał żadnych tematów i miał duże poczucie humoru. Dzięki wcześniejszym studiom na Sorbonie poznał zachodnią kulturę i potrafił dobrze wyjaśnić niezrozumiałe dla nas sprawy. Nasza rozmowa stawała się coraz ciekawsza i coraz luźniejsza. Zachęcony przez króla zadawałem też krępujące pytania. Jak nasze tematy zeszły na ilość jego dzieci, których nie był w stanie policzyć, czy też intymne relacje z odziedziczonymi po zmarłym wujku żonami, to zauważyłem, że kilku poddanym, którzy wciąż asystowali na kolanach z twarzami przy ziemi, trzęsły się ze śmiechu plecy.

Z kolei w Sierra Leone przybyliśmy do wioski, która nazywała się Sulima. W przewodniku Bradta jest napisane, że za Sulimą to już jest chyba tylko Antarktyda (śmiech). Kiedy zdecydowaliśmy się na wyjazd do Sulimy, to postanowiliśmy wynająć auto z Kenemy. Oczywiście było ono mocno, czyli normalnie, rozklekotane. Moje drzwi wciąż się otwierały, więc po pewnym czasie załatwiliśmy problem za pomocą konopnego sznurka.150 kilometrów jechaliśmy 8 godzin. Po przybyciu do Sulimy, brudni i umęczeni nie mieliśmy nadal ani chwili wytchnienia, bowiem zaraz po przyjeździe zaciągnięto i posadzono nas przed radą starszych. Na środku siedział syn wodza, który zastępował swojego ciężko chorego ojca. Co mnie bardzo zdziwiło to fakt, że nie zostało mi zadane żadne pytanie. Nie wynikało to oczywiście z nieumiejętności porozumienia się, bo w Sierra Leone mówi się po angielsku. Kamienne twarze ośmiu czy dziesięciu osób patrzące prosto na nas. Po jakimś czasie zacząłem monolog. Mówiłem o sobie, skąd pochodzę, czym się zajmuję, po co i jak dostałem się do tego miejsca. Wiesz, mówiłem tylko po to, żeby zabić tę niezręczną ciszę. Po chwili przerwałem, spodziewając się pytań. Nic. Zero. Ponownie 2-3 minuty ciszy. Zdecydowałem wznowić swój monolog. Gdy nie miałem już pomysłu co powiedzieć, zamilkłem. Bez zmian. Wciąż kamienne twarze wlepione w nas. Mój poziom frustracji sięgnął chyba zenitu i na końcu języka miałem pytanie”I co jeszcze o mnie chcecie wiedzieć?”. Nawet chyba wykonałem w tym celu jakiś gest, nie pamiętam. Chciałem to zrobić najnaturalniej jak się dało. Bez zniecierpliwienia, bo to chyba jest najgorsza forma jaką można zastosować. Nie zdążyłem jednak otworzyć ust, bo starszy pan, który stał obok syna wodza uśmiechnął się szeroko i powiedział „Witajcie w Sulimie! Czujcie się jak u siebie w domu.” Przedstawiono nam Mustafę, który miał nam pomagać w razie pytań czy wątpliwości, a także być naszym przewodnikiem. Wyniesiono nawet na noszach chorego wodza, z którym wymieniliśmy pozdrowienia.

J: Mustafa? To religią obowiązującą w Sierra Leone jest islam?

P: Islam jest tam wymieszany z chrześcijaństwem.

J: I nie ma tam konfliktów na tle religijnym?

P: Nie. W większości krajów Afryki Zachodniej, takich jak Sierra Leone, Liberia, Gambia, Ghana, Gwinea Bissau czy Kamerunie dwie religie ze sobą koegzystują. Wybrzeże jest zazwyczaj bardziej chrześcijańskie, zaś im dalej w głąb lądu, tym więcej wyznawców islamu. Zarówno islam jak i chrześcijaństwo są w Afryce przemieszane z dawnymi, tradycyjnymi wierzeniami. Ludzie deklarują przynależność do islamu lub chrześcijaństwa, a jednocześnie kontynuują wiele starych praktyk opartych na magii czy wierzeniach animistyczynych. Tworzone są też tajne stowarzyszenia, np. „Secret Societies” w Sierra Leone, kultywujące magiczne siły i zamknięte obrzędy. Paradoksalnie, pomimo powszechnie i zasadniczo podnoszonej religijności, w Afryce panuje dość duża tolerancja w tym zakresie, a konflikty na tle religijnym nie są częste. Zazwyczaj u ich podłoża leży polityka, czyli zwykła żądza władzy albo powszechna bieda, a religie wykorzystywane są jako narzędzia wojen i paliwo nienawiści.

J: Co zwykle jadaliście podczas pobytu?

P: Rano zazwyczaj nic. Może jakieś mango. Ogólnie coś, co było w danej chwili i w danym miejscu dostępne. Na przykład w Ghanie powszechnie jada się fufu –  mało apetyczną kluchę z manioku polaną jakimś sosem. Nie tylko na śniadanie, ale też na obiad i na kolację. Trudno to sobie wyobrazić, ale prawdziwym Ghańczykom to się podobno nigdy nie nudzi. Jeśli jednak ktoś ma dość, to ma do wyboru … podobne kluchy o nazwie banku, albo tuozaafi, czyli TZ. Banku jest taką samą kluchą jak fufu, ale ma lekko kwaskowaty posmak z dodanej mąki kukurydzianej. Natomiast TZ…coś tam wspominali o składnikach, ale moim zdaniem TZ to zwykłe banku, któremu dla urozmaicenia jadłospisu zmieniono nazwę. Zazwyczaj jedzenie jest bardzo skromne. Poza opisaną krainą fufu, w wioskach Afryki Zachodniej najczęściej podawany jest ryż polany jakimś sosem. Sos zazwyczaj stanowił cokolwiek, co udało się ugotować na bazie tłuszczu i kawałeczka ryby lub mięsa. Muszę przy tym powiedzieć, że pomimo ubóstwa, gdziekolwiek nie byliśmy to dzielono się z nami jedzeniem. Często obcy ludzie zapraszali nas do posiłku przy wspólnej misce ryżu. Ich gościnność jest ujmująca.

Oczywiście w całej Afryce jest olbrzymia różnorodność potraw, podobnie jak narodów i kultur. Od etiopskiej indżery, poprzez panujące od Kenii po Burundi kozie szaszłyki Nyoma Choma, po znakomite befsztyki z bydła zebu na Madagaskarze, które śmiało mogą równać się z najlepszą argentyńską wołowiną. W miastach można też znaleźć potrawy europejskie, a w wioskach trafiają się niekiedy znajome bułeczki czy sardynki w puszkach.

© Piotr Smirnow

Chesz przeczytać poprzednie części? Kliknij: cz.1

W następnej części:

Afryka - brutalna rzeczywistość i świat niekończących się cierpień cz.3

Pułapki, kłopoty i korupcja - niebezpieczeństwa i echa przeszłości

 


Podziel się!
Oceń ten post: 12  

 

Zobacz jeszcze

Afryka - brutalna rzeczywistość ...

Poniżej przedstawiam trzecią i ostatnią część wywiadu z Piotrem Smirnowem, gdzie poruszone zostaną zagadnienia korupcji ...

Komentarze

  • Gość - Ara

    I am very happy to read this. This is the kind of manual that needs to be given and not the accidental
    misinformation that is at the other blogs. Appreciate
    your sharing this greatest doc.

    Odpowiedz



Nowy komentarz

wymagane

wymagane (niepublikowane)

opcjonalnie

Tags