LIKE US

Kuba - w krainie iluzji i życia na pokaz

Kuba Ameryka Łacińska Wywiad

July 14, 2016, 13:49 1 7 JoannaOsicka

 
Kuba to coś więcej niż piękne widoki i wieczorne dancingi na hotelowym parkiecie. Jaka jest? Pełna tajemnic, pradawnych kultów i… biedy. Bieda skutecznie popycha młodych do działania sprawiając, że sprzedają siebie turystom licząc, że uda im się uciec z wyspy. O Kubie od zupełnie innej strony, o dogłębnym poznawaniu miejsc i o tym kim jest współczesny turysta opowiadają Mateusz i Agnieszka Knol, para, której wspomnienia z Kuby zmieniły moje wyobrażenie nie tylko o tej jednej wyspie.

J: Mateuszu, z racji swojego zawodu przewodnika wycieczek, jestem przekonana, że odwiedzałeś różne miejsca na świecie. Zapewne były to podróże w grupie jak i samotne wyprawy. Jaka jest największa różnica między podróżowaniem w grupie a podróżowaniem w samotności?

M: Kiedy wyjeżdżam z grupą muszę wtedy się dostosować, myśleć stadnie, nie tylko za siebie. Zawsze jest ustalany program każdej wycieczki. To konieczność. Bez programu cały wyjazd by się najzwyczajniej rozjechał, obfitowałby w kłótnie i pretensje. Trzeba jasno przeanalizować i wybrać to, co turyści mają zobaczyć. Takie wytyczne i przestrzeganie wszystkich punktów pomaga zachować porządek, niemniej zaburza percepcję odbiorcy, a także ogranicza jego samowolkę. Nie może się taki turysta odłączyć od grupy i podążać własnymi ścieżkami. Poza tym są różni ludzie. Jedni są chłonni i chcą się dowiedzieć czegoś na temat odwiedzanego miejsca, choć trochę się zbliżyć do kultury. Innym jest wszystko jedno.

J: W takim razie wszystko wskazuje na to, że lepiej jeździć samemu…

M: To zależy od człowieka. Ci, którzy chcą się czegoś nauczyć z pewnością powinni wybrać tę formę. Natomiast wiadomo, że „indywidualnie”oznacza też mniej bezpiecznie. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte. Niemniej jest to świetny sposób na poznawanie tego, co nowe. Człowiek jest wówczas bardziej otwarty i podatny na bodźce. Więcej dostrzega, więcej ma czasu na to, żeby poczuć, doświadczyć, zauważyć. Choć bądźmy ze sobą szczerzy – czy na serio wszyscy ci, którzy podróżują na własną rękę faktycznie chcą na poważnie zgłębić to, co ich otacza? Czy ci samozwańczy podróżnicy, czerpiący pseudo porady z portali internetowych i przewodników Lonely Planet to faktycznie są ludzie, którym udaje się przebić przez tę warstwę iluzoryczności? Większość z nich czyta to samo, chodzi w te same miejsca, cyka tryliard fotek, a potem tworzy powierzchowne opisy rzeczywistości, którymi karmią się masy czytających. Bardzo często to są ignoranci, którzy chcą czymś zasłynąć, pochwalić się, a w rzeczywistości interesuje ich jedynie, co, za ile i gdzie, kto ostatnio wypił więcej i z iloma dziewczynami się zabawił. Taki człowiek zjedzie na rowerze z Mont Everestu i zrobi sobie przy tym selfie, bo to jest trendy.

J: Czy to oznacza, że prawdziwy podróżnik nie istnieje?

M: No to jest dobre pytanie. Kto może nazwać się podróżnikiem? Sam do końca nie potrafię tego zdefiniować, ale wiem, że jest to ktoś, kto potrafi przeniknąć pod tę wierzchnią warstwę turystycznego blichtru, którym mamiony jest przeciętny turysta. To jest taka osoba, która potrafi rozszyfrować mnogość bodźców, którymi jest stymulowana oraz dostrzec pewne różnice, które na pierwszy rzut oka są niewyczuwalne. Niektórzy uważają, że kontakt z tubylcami jest najważniejszy. Oczywiście, że jest, ale niestety jeśli nie wyjdzie się ze swojej strefy komfortu i będzie się ostrożnym, to wszędzie będzie się postrzeganym w taki sam sposób. Bardzo ważne jest, żeby znać język. I mówię tu o prawdziwej znajomości. Jeśli Twoja znajomość języka opiera się na umiejętności zamówienia piwa to tylko o to jedno piwo więcej poznasz dany kraj. Trzeba przełamać turystyczne stereotypy. Jeśli tego nie zrobimy nasze podejście do poznania kultury będzie zawsze ograniczać się do pytań „Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co robisz? Podoba Ci się u nas?”. Są to pytania, które mają bardzo mało wspólnego ze zgłębianiem otaczającej nas rzeczywistości. Są czysto kurtuazyjne, mające na celu niejednokrotnie wydojenie kasy z turystów.

J: No to jak sobie z tym poradzić? Co zrobić by wzięli Cię na poważnie?

M: To proste. Pokaż im, że coś wiesz. Przede wszystkim że znasz język, historię, problemy miejsca, do którego jedziesz. Mierzi mnie, gdy czytam wspominki „podróżników” – wszyscy są fantastyczni, tacy mili, uśmiechnięci. To jest jawne spłaszczanie rzeczywistości. To jedynie obraz kreowany na potrzeby turystyki. Klub Buena Vista w Hawanie czy Hakuna Matata w Kenii. To wszystko iluzja świata, który istnieje na chwilę, w świetle reflektorów.

J: Czy na Kubie byłeś zwykłym turystą czy już świadomym odbiorcą otaczającej Cię rzeczywistości?

M: Pierwszy raz na Kubę pojechałem oczytany. Byłem świeżo po lekturze pewnej książki, w której  wyczytałem, że na Kubie można kupić wszystko za 10 dolarów. Nawet kobiety. To, co zastałem na miejscu praktycznie nijak się miało do tego, co czytałem. Byłem przekonany, że kubańska rzeczywistość przesiąknięta jest socjalizmem, że zza każdego rogu będę oglądać twarz Fidela Castro, a kobiety będą mi się narzucać. To zupełnie mijało się z prawdą. W oczy rzuciła mi się spontaniczność Kubańczyków i ich duma – silnie zakorzeniona i skutecznie utrwalana podczas edukacji szkolnej. Są też dobrze wykształceni. Mają sporą wiedzę ogólną. Bez względu na to gdzie się pojawiłem na Kubie, to czułem, że na tle Latynosów, są oni dobrze wyedukowani.

J: Także muzycznie?

M: Zdecydowanie są to najzdolniejsi, najbardziej utalentowani muzycznie ludzie na świecie. Kubańczycy od małego są wychowani w muzyce. Ich świat to muzyka, czują i żyją nią, jest to nieodłączna część ich życia. Pamiętam doskonale jak trafiłem raz na jakieś lokalne święto w Hawanie. Wtedy zobaczyłem parę tańczącą casino. Wyglądało to jak ta scenka z Dirty Dancing. Stwierdziłem, że koniecznie muszę się nauczyć tak tańczyć. To był początek mojej fascynacji i miłości do Kuby.

Fot.: Matteo Artizzu

J: Muzyka, taniec, spontaniczność. Brzmi fantastycznie.

M: To są właśnie te stereotypy. To, co dzieje się na Kubie jest bardziej złożone. Jak wiadomo kultura kubańska w dużej mierze to wpływy afrykańskie. Weźmy choćby wierzenia, religię. To jest dopiero fascynujący temat do rozmowy. Moje doświadczenia, przeżycia z tym związane zgromadziłem dopiero po głębszej fazie wniknięcia, poznania. Gdy byłem mocno niedoświadczony i mało obeznany z tym tematem dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak Regla del Ocha, zwana także Santerią. To taki kult afrykański, który jest obecny i wyznawany głównie na Kubie. Krok po kroku wchodziłem w to głębiej. Uświadomiono mi, że jest wiele bóstw, każde zajmujące się i będące patronem innej sfery życiowej. Powiedziano mi także, że biały człowiek także może stać się częścią Santerii, wierzyć w te bóstwa i praktykować wierzenia. Zatem zachęcony tymi rewelacjami postanowiłem sobie wybrać bóstwo i przejść inicjację.

J: ???

M: Wybrałem sobie bóstwo, z którym najbardziej się utożsamiałem. Dzięki duchownemu, który był moim przewodnikiem po tajnikach Santerii, przeszedłem inicjację. Zabito kozła, zostałem namaszczony jego krwią, odprawiono zaklęcia, dostałem amulety, które miały mnie chronić.

A: Gdy poznałam Mateusza jego szyję zdobiły biało czerwone koraliki, z którymi się nie rozstawał. W domu zauważyłam, że trzyma róg kozła, również składający się z takich koralików. Na ścianie zaś wisiał portret o rysach twarzy Mateusza, ale cała reszta ciała była inna. Umięśniony tors czarnoskórego mężczyzny, strój plemienny, masa ozdób. Przyznam szczerze, że te rekwizyty budziły we mnie dziwne uczucia i burzyły mój spokój wewnętrzny. Okazało się, że nikt poza Mateuszem, nie może dotykać tych przedmiotów, co też potęgowało mój niepokój. Traf chciał, że kiedyś odwiedziły nas znajome Kubanki, które pomagały mi się nauczyć tańczyć. Gdy zobaczyły portret i róg kazały natychmiast się tego pozbyć. Były lekko podenerwowane, co tylko podsyciło mój lęk. Okazało się, że one kiedyś także praktykowały Santerię, ale im intensywniej zgłębiały jej tajniki tym bardziej sypało się ich życie.

J: Nie wierzę…

M: No tak. Ja osobiście czułem się fantastycznie będąc wyznawcą mojego bóstwa. Czułem się silny, choć Aga powtarzała mi, że coś się między nami psuje, że coś się zmienia. Wierzący poprzez praktykę niejednokrotnie dotykają bardzo niebezpiecznych sfer, czego nie do końca są świadomi. Śmieszy mnie czasem jak widzę jakiś ludzi, którzy noszą na szyi właśnie te koraliki, z którymi ja się kiedyś nie rozstawałem, są obwieszeni amuletami, o których właściwościach nic nie wiedzą.

J: Czy ich sprzedaż jest legalna?

M: Na Kubie kapłani Santerii cieszą się szacunkiem, a nawet uznaniem nie tylko Kubańczyków, ale także turystów poszukujących wrażeń. Duchowni przyjmują potrzebujących w domach. Babalao – tak się nazywają kapłani – przepowiadają przyszłość swoim klientom. Mnie nie bawiły takie rzeczy. Mój związek z tą religią traktowałem bardziej jako naukową fascynację niż duchowe przeżycie. Kupowałem wiele książek by dowiedzieć się więcej o pochodzeniu i praktykach.

J: I nadal w to wierzysz?

M: Nie. Przypadek chciał, że bransoletka, którą dostałem pękła. To był swego rodzaju amulet symbolizujący moje bóstwo. Wielu uważało, że pęknięcie bransolety oznaczało przerwanie jakiejś więzi między mną a bóstwem. Widocznie to był moment, w którym powinienem przestać być częścią tego kultu.

J: Z czego wynika zainteresowanie Kubańczyków czarną magią?

M: Przypuszczam, że może wynikać z biedy. Kubańczycy potrafią wykopywać kości zmarłych, którymi potem handlują. Są to cenne i nieodłączne rekwizyty używane do obrzędów czarnej magii. Ludzie wierzą, że takie obrzędy pomagają stać się silnym i szczęśliwym. Co więcej, cieszą się one popularnością wśród turystów, którzy udają się do Santeros by rozwiązać swe problemy. Taka wizyta kosztuje ich JEDYNE 100 euro. Taki Santero jak dobrze się postara to z ceremonii inicjacji wyciąga nawet do 1000 euro. To majątek w porównaniu do przeciętnych miesięcznych zarobków Kubańczyków, które średnio wynoszą 20 euro.

J: Czy kiedykolwiek potem mieliście styczność jeszcze z takimi obrzędami? Na Kubę jeździcie dość często.

A: Tak, raz byliśmy świadkami takiego obrzędu. To było 17 grudnia , w dzień upamiętniający Św. Łazarza. To, co wtedy zobaczyłam zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Przy wejściu stała miseczka z landrynkami, aby udobruchać nieco Eleggua – bóstwo opiekujące się domostwami i podróżnymi. W środku stał ołtarzyk. A na nim usadowione lalki. Ciemno i białoskóre. Symbolizowały wszystkich, którzy zmarli w tym domu. Przed ołtarzem stała taca z jedzeniem – jakieś łakocie, słodkości. Nie wolno było tego dotykać, a tym bardziej jeść. To był poczęstunek dla zmarłych. Cała atmosfera panująca w pomieszczeniu była dla mnie przerażająca. Czułam fatalną energię.

M: Dla mnie nie było to nic dziwnego, ale faktycznie jeden z uczestników obrzędów powiedział mi, że czuje, iż Aga jest bardzo zdystansowana i ostrożna.

Fot.: Anthony Knuppel

J: Też byłabym zdystansowana w takiej sytuacji.

M: To jeszcze nic. Raz pamiętam byliśmy świadkami świętowania dnia św. Barbary. To była noc. Gdzieś koło 2 w nocy, w domu przy rytmicznych uderzeniach bębnów i rumie dwie kobiety weszły w trans. To było niebywałe. Miały kontakt z bóstwem, którego poszukiwały.

J: Czy zawsze Kuba funduje Wam takie atrakcje?

A: Ja za pierwszym razem miałam fatalny start. Mój bagaż nie doleciał. Brakowało mi wszystkiego – podstawowych rzeczy, świeżych ubrań, wygodnych butów. Stopy mnie bolały. Byłam zmęczona, a tu przede mną jeszcze taka sprawa do załatwienia. Panie z obsługi nie wyglądały na zmartwione moją sytuacją. Pogadały trochę ze mną, potem zajęły się rozmową między sobą. Humory im najwyraźniej dopisywały. Byłam zła i chciałam wracać.

J: A teraz?

A: Teraz nie wyobrażam sobie życia bez Kuby! Chciałabym tam wracać co jakiś czas. Chcę ją poznawać od nowa i kosztować jej bogactwa – owoców, świetnej pogody i radości.

M: Mi przeszkadza tam rasizm. Bardzo widoczny. Biali Kubańczycy uważają się za arystokratów, ludzi o szlachetnym pochodzeniu, którym nie przystoi zadawać się z czarnoskórymi. Czarni i biali żyją i obracają się we osobnych kręgach kulturowo-społecznych.

J: A jak Ty, Agnieszko opisałabyś mieszkańców Kuby?

A: Kubanki to bardzo pewne siebie kobiety. W dodatku piękne. Zawsze wyprostowane, z pupą wypiętą do tyłu, odziane w bardzo kobiece i skąpe ubrania. Czują się seksowne i dowartościowane. To chyba kwestia tego, że sztucznie kreowane przez media kanony piękna tam nie docierają.

Fot.: Webastien

Widziałam raz taką Kubankę. Bardzo zadbana, świeża, wyglądająca powabnie, pewna siebie. Okazało się, że to kobieta, która była mocno po 50-tce.  Kubańczycy bardzo o siebie dbają. Nastawiłam się na biedę, a zobaczyłam coś zupełnie innego – schludnych i zadbanych ludzi noszących się kolorowo. Nie jest to oczywiście moda paryska, ale jest to ciekawy, inny i bardzo żywy styl ubierania się.

Fot.: Bud Ellison

J: A jak faceci?

A: Bardzo  przystojni! W dodatku czarujący, ujmujący, potrafiący docenić kobiece piękno. Niemniej czułam się mało komfortowo i dość niezręcznie, kiedy za wszelką cenę starali się do mnie zbliżyć. Nie zważali na to, że jestem z mężczyzną. Wszystko było takie oczywiste i dość wymowne. Można powiedzieć, że byli na wyciągnięcie ręki, wystarczyło mrugnąć okiem czy się uśmiechnąć.

M: To właśnie jest ta iluzja, o której wcześniej wspominałem. W Hawanie jest kilka takich miejsc, gdzie można pójść i zobaczyć „kubański raj”. Piękni, wysportowani mężczyźni, seksowne kobiety. Wierz mi, faceci są tam tak przystojni, że sam byłem pod wrażeniem ich urody.

A: Natężenie piękna mężczyzn i kobiet na metr kwadratowy jest po prostu ogromne. Tak sobie myślę, gdyby ich wszystkich rozrzucić po całym świecie każde z nich zrobiłoby zawrotną karierę w modelingu.

M: Ten fantastyczny wygląd jest w dużej mierze zasługą przymusowej edukacji sportowej i świadomości jakie korzyści ze sobą niesie. Serio, tam każdy mężczyzna jest gibki, dobrze zbudowany, przestrzega diety. To wynika z ich stylu życia. Od małego dzieci mają wpajane, że sport jest ważny. Całe dnie zatem bawią się na dworze lub uczęszczają do specjalnych ośrodków sportowych, gdzie mogą rozwijać swe umiejętności i pasje.

Fot.: Zorilla

A: Warto wspomnieć, że kobiety niezależnie od wieku z reguły nie mają cellulitu, a ich skóra lśni. Wydaje mi się, że to kwestia odżywiania i produktów, które są tam dostępne. W krajach rozwiniętych niestety żywność jest sztucznie modyfikowana, wzbogacana o niezdrowe dla organizmu substancje, które mają szkodliwy wpływ na jego kondycję.

J: Podczas tej rozmowy chyba jeszcze milion razy zmienię decyzję odnośnie mojej wizyty na Kubie (śmiech). A czy rzuciło się Wam w oczy coś nietypowego? Co wprawiło Was w osłupienie?

M: W Hawanie można często spotkać trójkę ludzi na ulicy – faceta i dwie kobiety. Mówiąc facet mam na myśli roznegliżowanego przystojniaka, wypachnionego, z sześciopakiem na brzuchu,  a u jego boku dwie zgrabne dziewczyny. Wbrew pozorom to nie są ludzie, którzy akurat przypadkowo przechadzają się bulwarem. Oni pracują. Najczęściej zaczepiają turystów zapraszając na festiwal salsy. Dopiero wraz z upływem czasu orientujemy się, że wcale nie chodzi o festiwal… tzn. o festiwal, ale w pozycji horyzontalnej.

J: No ale po co są te dziewczyny?

M: Ich obecność znieczula. Wówczas zaczepiona kobieta czy kobiety podejmują rozmowę z takim chłopakiem. Nie boją się.

A: Dla mnie najbardziej niepojętym elementem, który budzi odrazę, ale także smutek jest wszechobecny seks, handel ciałem. Seksturystyka chyba kwitnie tam lepiej niż rośliny. Mam wrażenie, że z racji powszechnego przyzwolenia i akceptacji na tego typu proceder jest to tak popularne. To, co nie mieści mi się w głowie to fakt, że rodzice dzieciaków to akceptują. Dziewczyny czy chłopcy Z CHĘCIĄ to robią, bo mają z tego spore pieniądze. Spore w porównaniu do regularnych zarobków. To wręcz codzienność – 10 letni chłopiec nagabujący przechodniów, zachęcający do tego, żeby skorzystali z usług jego siostry. To obraz tej brudnej Hawany.

Fot.: Romtomtom

M: Ten proceder został świetnie opisany w książce Gabriela Infante, gdzie wyraźnie zostało to podkreślone, że handel ciałem w Hawanie jest na porządku dziennym. Oczywiście, gdy byłem jeszcze nieświadomym kubańskich „uroków” fanem salsy nie dostrzegałem zbytnio tego problemu. To przyszło z czasem, kiedy non-stop chciałem tańczyć. Chodziłem wtedy do różnych klubów łudząc się, że potańczę z lokalnymi dziewczynami. Nic bardziej mylnego. Odziane w kuse stroje, na niebotycznych szpilkach. Dziękowały mi za taniec już po pierwszej piosence, argumentując, że nie przyszły tu na taniec. Byłem kiedyś w Casa de La Musica. Bagno moralne. Miałem wrażenie, że jako jedyny przyszedłem na koncert by się pobawić i posłuchać muzyki. Poważnie. W tych klubach nie da się tańczyć. 95 proc. gości to faceci, Europejczycy, którzy przyszli tu szukać szczęścia. Kubanki zaś traktują to jako dobrą kartę. W ten sposób zarabiają – siedzą, wyglądają zjawiskowo, by coś upolować. W końcu koszt wejścia do klubu to ok. 25 zł. Którą Kubankę na to stać?

J: Wygląda na to, że bieda bardzo determinuje działania tych ludzi. Niestety tylko w tym złym kierunku…

M: Wiesz, dobrze jest wspomnieć, że w krajach latynoskich, a zwłaszcza na Kubie brakuje etykiety i wartości kościelnych. Kościół bardzo zdeformował pewną etykę. Na Kubie nigdy nie istniało i do tej pory nie pojawiło się pojęcie wstydu. Tam jest zupełnie inaczej niż w Europie, gdzie kościół od dawien dawna był patronem dobrego wychowania. Na Kubie wręcz wskazanym było się mnożyć, bo praktycznie nie było tam dzieci. Panował wszechobecny kult ciała. Dlatego też do dziś możemy zobaczyć tam zarówno pięknych facetów jak i przesadnie, wręcz groteskowo napakowanych panów, lansujących się po mieście. Szersi niż wyżsi, w odblaskowych koszulkach i koralikach. Dla wszystkich Kubańczyków wygląd zewnętrzny to priorytet. Nadal nie stać ich na poprawianie wyglądu za pomocą operacji plastycznych. Natomiast wystarczy popatrzeć na to, co się dzieje w Kolumbii czy Wenezueli. Mam wrażenie, że z czasem tutaj będzie podobnie.

J: Mateuszu, a czy Kuba ma jakieś tradycje?

M: Nie zauważyłem nic. Trudno tu mówić o tradycjach, gdy było się krajem kolonizowanym przez Hiszpanie przez ponad 300 lat. Tu nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia. Obchody tego święta były zakazane do 1998 roku, dlatego jeśli teraz Kubańczycy świętują, to nie dlatego, że czują duchową potrzebę, ale dlatego, że na całym świecie się wtedy świętuje. Po hiszpańskiej hegemonii i 50 latach marionetkowych rządów narzucanych przez Stany Zjednoczone, po rewolucji i walkach o niepodległość kraj został pogrążony w komunie. To przykre patrzeć jak coś tak pięknego chyli się ku upadkowi i nie ma możliwości rozwoju. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że kiedyś się to odmieni.

Rozmawiała Joanna Osicka

Główna fotografia: Poster Boy NYC


Share this post:
Rate this post: 7  

 

Related posts

Festiwalowe święto życia!

KARNAWAŁ W RIO DE JANEIRO- jedno z najsłynniejszych wydarzeń taneczno-muzycznych, na które ściągają setki tysięcy ...

Gwadelupa, wyspa podrywaczy

Plaże, szum fal, słońce, dobre jedzenie i jeszcze lepsza zabawa – taką Gwadelupę znamy z opowieści ...

Australia oczami Gosi

Miejsce, gdzie dwóch policjantów jest w stanie zapanować nad kilkusetosobowym tłumem. Kraina, gdzie ludzie w ...

La Città Eterna

La Città Eterna...tym mianem określany jest Rzym. Wieczne miasto. Niezwyciężone, dumne, pełne chawły i ...

Seszele - jak zobaczyć ...

Wyobraź sobie wakacje, podczas których możesz nieustannie wygrzewać się na słońcu, a oceaniczna bryza skutecznie ...

Nie ma życia bez ...

Zima. -30 stopni. Najwyższe szczyty świata wznoszą się majestatycznie nad ziemią. Każdemu śmiałkowi dają jasno ...

VANITY FAIR – palmowy ...

Po latynoskich ekscesach zapragnęłyśmy spróbować „normalnego” imprezowania. Chciałyśmy zobaczyć jak to się odbywa w popularnym ...

Palma de Mallorca - ...

Gdy ostatecznie dotarłyśmy na upragnioną Carrer de la Carnisseria i wdrapałyśmy się na pierwsze piętro ...

Angolska ropa, czyli rodzinny ...

Angola przeżywa gwałtowny rozkwit. Jest jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie. – A wszystko ...

Kolumbia - jaka jest ...

Przechadzając się ulicami nie zdziwmy się jeśli ktoś nagle zaprosi nas na kawę czy zapyta ...

Majówka w Lizbonie

Lizbona. Moja miłość od pierwszego wejrzenia. Nie spodziewałam się, że jeszcze przyjdzie mi ją odwiedzić ...

Azerbejdżan - tam gdzie ...

Uprzedzenia i niechęć zamieniły się w sympatię i podziw dla piękna architektury, uprzejmych ludzi oraz ...

Dżungla Amazońska - natura ...

Dżungla to dla jednych miejsce fascynujące, gdzie można zgłębić kulturę i obyczajowość dzikich plemion, dla ...

Norwegia- tu nie ma ...

Fiordy, natura, porywczy wiatr, zorze polarne. Norwegia w pełnej okazałości! 6 miesięcy obserwacji i codziennego ...

Palma de Mallorca – ...

Jak sama nazwa wskazuje na urlopie spędzanym w tym miejscu nie można zachowywać się normalnie ...

Wyprawa na jezioro Bajkał

Jedna wyprawa do Rosji i dwie formy wypoczynku. Typowa turystyka w Moskwie i Petersburgu oraz ...

Karaibski Dr Jackyll i ...

Jak wszystkie wyspy w rejonie Morza Karaibskiego tak i Trynidad i Tobago odznaczają się niebywałym ...

Nigeria - a country ...

Juicy spanks for a disobedient child. Unshaken belief in oneself and high level of self-confidence ...

Nigeria - kraj, w ...

Soczyste lanie dla niesfornego malucha. Przekonanie o własnej wartości i niezłomna pewność siebie. Zamiłowanie do ...

Kuwejt skontroluje Twoje DNA

Już nie tylko zdjęcie. Już nie tylko odciski palców. Kuwejt staje się właśnie pierwszym na ...

Kolonia - świat gier ...

Dla mnie Kolonia to nie tylko gotycka katedra, uroczy brzeg Renu i łakocie firmy Lindt ...

Paryż zimą (fotorelacja)

Moja pierwsza wizyta w Paryżu miała miejsce w 2013 roku. Od tamtej pory odwiedzałam to ...

Wspomnienia z Dominikany

Jedną z pierwszych osób, którą zdecydowałam się podpytać o zagraniczne podróże był mój dobry przyjaciel ...

Majorka - wyspa na ...

Majorka, podobnie jak jej siostra Ibiza słyną z hucznych zabaw ostro zakrapianych alkoholem. Piękne plaże ...

Zakochaj się w Lizbonie

Lizbona to miasto cudów i tego, co większości nas w życiu brakuje - luzu i dystansu ...

Tanzania - kraj kontrastów

Tanzania jeden z tych afrykańskich krajów, do których turyści mogą śmiało podróżować. Ja nigdy nie ...

Comments

  • Guest - Jana

    Podoba mi się, że rozmówca otwarcie mówi o tym, co się dzieje na świecie - tym wypadku na Kubie. Przykro jest czytać, że takie rzeczy dzieją się na świecie, a w zasadzie nikt nie ma bezpośredniego wpływu na to by tę sytuację zmienić. Niestety wszystko zależy od władz, które wpływają na rozwój gospodarki kraju, sposób postrzegania przez inne państwa na arenie międzynarodowej. Wygląda na to, zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń (nawiązanie kontaktów Kuba-Stany), że istnieje cień szansy na to, że sytuacja ulegnie zmianie. Czas pokaże.

    Ps: Doceniam też to, że potrafi bez ogródek skwitować poczynania współczesnych turystów, którzy niejednokrotnie niesłusznie mianują się podróżnikami. Według mnie podóże kształcą, ale żeby zrozumieć to, co się widzi trzeba samemu przyswoić wiele informacji związanych z wydarzeniami historycznymi. Teraźniejszość to echo przeszłości.

    Reply



New Comment

required

required (not published)

optional

Słowa kluczowe