LIKE US

Kambodża - lekcja obłąkania

Kambodża Azja Robert Szablowski Czerwoni Khmerzy

April 01, 2016, 08:13 4 28 RobertSzablowski

 
W stolicy Kambodży – Phnom Penh, na rogu ulic 360. i 163., znajduje się kompleks czterech budynków szkoły średniej. Dwupiętrowe długie gmachy tworzą otwarty plac w kształcie rozciągniętej litery "c", na którym dzieci mogły uprawiać ćwiczenia sportowe. Jest na nim również warsztat i inne gospodarcze pawilony. W latach 70. ubiegłego stulecia była to nowoczesna placówka, duma władz i radość dla dzieci.

Druga połowa dekady miała zmienić jej przeznaczenie w najgorszy koszmar, który stanie się symbolem krwawego terroru Czerwonych Khmerów.

XX wiek to czas rozkwitu inżynierii społecznej. U jej podstaw leżało absolutne przekonanie liderów ruchów politycznych, że posiedli oni ostateczną prawdę o idealnych rozwiązaniach społecznych. W ich głowach utopia miała prawo stać się rzeczywistością, bo przyszłość była zdeterminowana, a człowiek i społeczeństwo byli podmiotami plastycznymi, podatnymi na transformacje. Wystarczyło zdecydowanie i konsekwentnie realizować ścieżkę prowadzącą do szczęścia będącego na wyciągnięcie ręki. Każda metoda przybliżająca cel była uprawniona. Energia była niepowstrzymana. Wiara niezłomna. Jeszcze w ostatniej fazie terroru Czerwonych Khmerów jeden z nich, Sok Rim, pytał zachodniego komunistę goszczącego w Demokratycznej Kampuczy, „czy uważa, że kambodżańskiej rewolucji udało się już stworzyć nowego człowieka. Światłą i solidarną jednostkę, która ma być dzieckiem społeczeństwa bezklasowego.”

Na tym etapie zanurzeni we wzniosłych wizjach ideolodzy nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że jedynym pewnym celem, jaki osiągną, będzie paranoja ich umysłów.

Kiedy w kwietniu 1975 roku do stolicy wkroczyła armia partyzancka Czerwonych Khmerów, ich polityczne i społeczne plany były od dawna gotowe do wdrożenia. Zakładały stworzenie idealnego społeczeństwa wiejskiego, żyjącego bez żadnej formy własności prywatnej w zorganizowanych komunach, bez religii i zbędnej nauki. Wiedza miała dotyczyć jedynie organizacji pracy na roli i wykonywania podstawowych narzędzi do tego celu. Ideolodzy tej grupy chcieli stworzyć nowego człowieka, osiągającego szczęście przez zaspokajanie bazowych potrzeb życiowych, wolnego od pragnień i chciwości, wyzbytego zawiści. O co być zawistnym, czego pożądać, jeśli nic nie należy do nikogo. Khieu Samphan, prezydent Demokratycznej Kampuczy, tak zwracał się do repatriantów: „Ale gdy nie masz nic - zero dla niego i zero dla ciebie - to jest prawdziwa równość.”

Założenia Czerwonych Khmerów nie były nowe. Oparto je na wdrożonej w komunistycznych Chinach ideologii Mao. Jednakże, choć trudno to pojąć, plany Czerwonych Khmerów były bardziej radykalne od chińskiego Wielkiego Skoku czy Rewolucji Kulturalnej.

Twórcy tej ideologii nie pochodzili, wbrew stereotypom, z dzikiej dżungli, chociaż faktycznie ukrywali się w niej przez lata partyzanckiej wojny. Wcześniej elita Czerwonych Khmerów w przeważającej większości studiowała w szkołach paryskich. W latach pięćdziesiątych, kiedy Kambodża odzyskiwała niepodległość po okresie kolonizacji francuskiej, do Paryża wysyłano w ramach stypendiów małe grupki młodych Khmerów. To tam spotkała się śmietanka przyszłych oprawców swojego narodu. Trafili w miejsce, gdzie Le Cercle Marxiste, do którego należeli, funkcjonowało dynamicznie, tworząc młode kadry francuskich partii - komunistycznej i socjalistycznej. Wierzyli, że można zmienić świat, w którym mniejszość silnych i sprytnych zawłaszcza cały majątek wyprodukowany rękami biednej większości. Wystarczyłoby wyeliminować ten mechanizm, który rodzi w ludziach złe instynkty. Wyeliminować pojęcie własności oraz zredukować listę dóbr, które mogłyby być przedmiotem marzeń. Praca, jedzenie, odpoczynek – taki bazowy zestaw miał zapewniać szczęście nowemu człowiekowi.

Każda nowa idea prezentowana jest przez nielicznych i jest bluźnierstwem. Zdawali sobie dobrze sprawę z tego, że ich walka spotka się z silnym sprzeciwem wrogów ludu i agentów zachodnich mocarstw. Wzorem wcześniej ugruntowanych w Rosji i w Chinach systemów musieli więc stworzyć aparat ucisku, który zawracałby niepokornych na dobrą ścieżkę. Albo usuwał ich na zawsze.

Najwięcej fermentu, co oczywiste wobec ukierunkowania idei na społeczeństwo wiejskie, mogło powstać w miastach. Tu żyły środowiska dobrze wykształcone, funkcjonujące wokół poprzedniej, skorumpowanej władzy - jej urzędnicy. Masowo działali także tajni agenci obcych krajów, a w szczególności konspiratorzy CIA, mającej silne więzi w całych Indochinach. Miasta były groźne, a przecież nie były już potrzebne społeczeństwu pracującemu wyłącznie na roli.

Na zjeździe partii, zwanej tu Organizacją, w dniu 20.05.1975 roku uchwalono podstawowe cele na najbliższy czas po zdobyciu władzy:

- ewakuować miasta,

- zamknąć wszystkie targowiska,

- zlikwidować starą walutę (ale nie wprowadzać nowej),

- zamknąć klasztory i zapędzić mnichów do pracy,

- skazać na śmierć wszystkich ludzi starego reżimu,

- urządzić kooperatywy ze zbiorowymi stołówkami,

- wydalić z kraju wszystkich Wietnamczyków,

- wysłać żołnierzy na granice (zwłaszcza na wietnamską).

Punkt pierwszy – ewakuować miasta. Wkrótce po zjeździe Organizacji mieszkańcy miast zostali poddani masowej akcji deportacyjnej. Zabierali tylko tyle, ile można było samemu transportować. Wyprowadzono niemal wszystkich, każąc im wracać w rodzinne strony lub przydzielając miejsca pracy w tworzonych kooperatywach. Tysiące zmarło w drodze z głodu, pragnienia i wyczerpania. Choć trudno w to uwierzyć, tętniąca życiem stolica, wcześniejszy wzór rozwiązań urbanistycznych dla innych azjatyckich miast, pozostała wyludniona przez kolejne cztery lata. Nie dotyczyło to oczywiście elity Organizacji, tzw. Braci, najważniejszych urzędników oraz pracowników obsługujących te urzędy. Niewątpliwym sukcesem akcji była skuteczna likwidacja siatki CIA (amerykańska agencja potwierdziła to po latach). Koszt tysięcy zmarłych wysiedleńców był wysoki, ale głęboko wierzący w swoje cele inżynierowie społeczni mieli czyste sumienia. Jedną z cech totalitaryzmów jest totalne znieczulenie na krzywdy ludzkie.

Opustoszała, jak całe Phnom Penh, szkoła na rogu ulic 360. i 163. przestała pełnić swoją funkcję. Nie było już dzieci, którym mogłaby służyć. Nowa władza natomiast musiała zająć się niepokornymi. Na centralne miejsce rozprawiania się z wrogami nowego porządku wybrano właśnie tę szkołę. Nowa nazwa obiektu brzmiała S-21, gdzie „21” było kodem przypisanym khmerskiej służbie bezpieczeństwa. W całym kraju utworzono wiele takich miejsc, ale S-21 było wyjątkowe. Tu zwożono szczególnie groźnych i ważnych wrogów, często wywodzących się z własnych szeregów Organizacji. Aby strach wśród innych wrogów wewnętrznych był silniejszy, do więzienia trafiały całe rodziny zdrajców.

Jeden z budynków głównych. Na zewnątrz widoczne 3 misy, w których podtapiano więźniów wieszanych na drewnianej konstrukcji.

Dla więźniów przygotowano krótki, prosty regulamin przesłuchań, tak aby w stanie wysokiego stresu mogli go zrozumieć:

  1. Masz odpowiadać na moje pytania wprost. Nie odpowiadaj pytaniami.
  2. Nie próbuj ukrywać faktów przez udawanie tego czy tamtego. Nie wolno ci mnie zwodzić.
  3. Nie udawaj głupiego, jesteś typem, który próbował powstrzymać rewolucję.
  4. Masz natychmiast odpowiadać na moje pytania, bez chwili zastanowienia się.
  5. Nie opowiadaj mi ani o swoich wypaczeniach, ani o istocie rewolucji.
  6. Nie wolno ci krzyczeć, kiedy jesteś bity albo rażony prądem.
  7. Nic nie rób, siedź cicho i czekaj na moje rozkazy. Jeśli nie ma rozkazów, bądź cicho. Kiedy ci coś nakażę, zrób to natychmiast, bez protestu.
  8. Nie opowiadaj mi o Kampuczy Krom, aby ukryć swoje sekrety i zdrady.
  9. Jeśli nie będziesz się stosował do wszystkich powyższych reguł, otrzymasz wiele razów elektrycznym kablem.
  10. Jeśli nie posłuchasz jednego z punktów mojego regulaminu, otrzymasz dziesięć batów lub pięć elektrowstrząsów

Wchodzę na teren S-21, zwanego dzisiaj Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, spięty i przerażony. Wiem dobrze, przez co przechodzili więźniowie. Wiem, jakie eksponaty się w nim znajdują. Jestem przygotowany. Jednakże to zaledwie wiedza. Tu czeka mnie konfrontacja z rzeczywistym obiektem, jego wyposażeniem oraz dokumentacją. Przestrzeń więzienia wciąż wypełniają fale ekstremalnych cierpień tysięcy więźniów. Swoiste promieniowanie tła.

Widok Tuol Sleng z widocznymi czterema budynkami głównymi i budynkiem gospodarczym w centrum.

W pierwszym z czterech głównych gmachów byłej szkoły, na parterze znajdują się przestronne sale przesłuchań. W niektórych z nich, również w innych budynkach, wciąż wiszą tablice szkolne. W salach przesłuchań są tylko dwa meble: biurko pracownika sekcji przesłuchań i metalowe łóżko, do którego przywiązywano ofiary. W jakiejś sali przewrócone krzesło. Nic więcej. Resztę wypełnia groza. Na podłodze pod łóżkiem wciąż widać ciemniejsze od posadzki plamy ludzkiej krwi. Na łóżku jedynie komplet do krępowania kończyn - pręt zbrojeniowy i dwie „podkowy” na przeguby dłoni lub kostki stóp. W większości sal jest ponadto jedno duże zdjęcie. Przedstawia ofiarę, którą znalazł w danej sali reporter wietnamski w momencie oswobodzenia więzienia. Każda z postaci jest martwa, a ciała są mocno zniekształcone.

Jedna z sal byłej szkoły. Tablice wciąż wiszą w większości z nich.

Ściany wielu pomieszczeń Tuol Sleng obwieszone są liczonymi w tysiącach fotografiami więźniów. Są wśród nich dzieci i starcy – zapewne członkowie rodzin głównych podejrzanych. Jest kilkunastu obywateli innych państw. Nie wiem, czy to moja autosugestia, ale w ich oczach wyraźnie widzę rozpacz i błaganie o litość. W chwili robienia zdjęcia nie było dla nich najmniejszej szansy na przeżycie. Nikt nie zadawał sobie trudu dowodzenia jakiejś racjonalnej winy. Uwięzieni byli z definicji skazańcami.

Są zeznania i dokumenty odebrane więźniom. Ze względu na duże znaczenie osadzonych w S-21, prowadzono skrupulatną dokumentację. Naczelna zasada przesłuchań była prosta – należy wszelkimi sposobami tortur (bicie metalowymi prętami, rażenie prądem, wyrywanie paznokci, przypalanie, duszenie workami foliowymi, topienie w misach rozstawionych na placu więziennym itp.) wymusić maksymalną liczbę, w większościfikcyjnych zeznań obciążających skazanego i jego otoczenie. Przedwczesna śmierć przesłuchiwanych była bardzo surowo karana przez zarząd więzienia - przesłuchujący stawał się więźniem. Liczyła się wyłącznie skuteczność.

Jedna z sal przesłuchań.

Zmasakrowanych, ale najczęściej wciąż żyjących skazańców, po uzyskaniu wystarczających zeznań, wywożono wraz z rodzinami na pobliskie pola śmierci, z których najbardziej znane, położone kilkanaście kilometrów na południe od stolicy, nazywa się Choeung Ek. Nie stosowano tu wymyślnych hitlerowskich metod zbiorowej eksterminacji. Nie było nawet szybkiej śmierci od kuli w tył głowy - jak w Katyniu. Każda z ofiar S-21 była katowana do skutku prymitywnymi, tępymi narzędziami. Śmierć od ciosu maczetą była łaską. Narzędzia te można oglądać w salach Tuol Sleng.

Z liczby około 20 tys. uwięzionych w tym makabrycznym miejscu przeżyło zaledwie kilka osób. Niezauważalny ułamek o donośnej wymowie. Uratowały je zdolności plastyczne lub techniczne wykorzystywane przez administrację więzienia. Ich spisane i zobrazowane historie dostępne są na terenie muzeum. Przeżyło również kilkoro dzieci.

Dwadzieścia tysięcy w cztery lata to pięć tysięcy ofiar rocznie, a więc czternaście osób dziennie. Ośrodków bliźniaczych do S-21 było w Demokratycznej Kampuczy około stu siedemdziesięciu. To daje pojęcie o skali terroru.

W wielu salach więźniowie leżeli zbiorowo na posadzkach, z głowami skierowanymi w przeciwnych kierunkach, wspólnie nanizani za swoje obręcze na długie pręty. Leżeli na podłodze, bez mat i jakiegokolwiek przykrycia, zjadani przez tropikalne insekty. Zakazane i surowo karane były jakiekolwiek rozmowy. Dotyczyło to również strażników w odniesieniu do więźniów. Wspólne kąpiele polegające na oblewaniu wodą z węża odbywały się raz na kilka dni.

Oglądamy cele indywidualne - małe klatki z cegieł postawione w nieudolny, koślawy sposób w byłych salach szkolnych. W nich przebywali więźniowie o dużym znaczeniu politycznym. Co najmniej kilku najwyższych rangą Braci, jak zwali siebie członkowie elity Czerwonych Khmerów, zakończyło swój żywot w S-21. Jak każda rewolucja, tak i ta zrodziła siłę, która prowadziła ją do samozniszczenia. To paranoja. W czasie paranoi padają słowa: „Ale kiedy teraz przyglądam się wam, towarzysze, kątem oka, dyskretnie, to zastanawiam się, skąd mam wiedzieć. Wyszlifowaliście te same talenty co ja. Wszyscy doszliśmy tu dzięki tym samym, zdradliwym metodom. (…) Skąd mam wiedzieć, że wasze kłamstwo jest moim?”

Sala z wbudowanymi celami indywidualnymi.

Jedną z ostatnich decyzji politycznych przywódcy Czerwonych Khmerów, Pol Pota, na rok przed naturalną śmiercią w 1998 roku był rozkaz zamordowania jednego z paryskich towarzyszy i swojego nieformalnego następcy - Son Sena. Wraz z nim zamordowano jego żonę, dzieci i wnuki. Paranoja sięgnęła zenitu.

Kiedy myślę o przywódcach tej zbrodniczej organizacji, widzę dobrze wykształconych, bezkompromisowych idealistów, którzy ze swoich stanowisk wydawali ludobójcze rozkazy.

Ale przecież tu, w tych salach spotykali się żywi ludzie. Tu prosto w oczy zaglądały sobie bezwzględne okrucieństwo z jednej strony i bezgraniczne przerażenie z drugiej. Przy tych biurkach, przy metalowych pryczach codziennie siadali ci sami ludzie, którzy zamieniali leżących przed nimi spętanych innych ludzi w bezkształtną miazgę. Systematycznie, zgodnie z regulaminem, powoli, tak aby przesłuchiwany mógł wypowiedzieć jak najwięcej oskarżeń przeciwko sobie i swoim bliskim. Jaki stan psychiczny, emocjonalny trzeba osiągnąć, aby codziennie, przez całe lata, z zimną precyzją, przy użyciu najokrutniejszych metod, krzyk po krzyku, oddech po oddechu odbierać życie setkom ludzi?

Jeden aspekt może pomóc jakkolwiek pojąć taki stopień okrucieństwa. Pracownicy więzienia, strażnicy, śledczy, wszyscy podlegali temu samemu terrorowi. Za przewinienia, do których należały między innymi przyśnięcie na służbie, rozmowy z więźniami lub zbyt intensywne torturowanie prowadzące do przedwczesnej śmierci ofiary, stawali się więźniami z ostatecznym wyrokiem. W tym systemie nieistotna była rasa, kolor skóry czy pochodzenie. Ważne było jedynie podejrzenie. Każdy z Khmerów mógł w jednej chwili stać się ofiarą. W oczach oprawców z pewnością odbijało się przerażenie, które było udziałem ich ofiar. Niemal wszyscy byli dwudziestolatkami.

Nie zmienia to jednak pytania, co musiało dziać się z psychiką i emocjami oprawców. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Gorzkie łzy bezradności same cisną się do oczu. Wychodzę z Tuol Sleng smutny i zdezorientowany. Nic się nie wyjaśniło. Pytań "dlaczego", "jak", "po co" jest we mnie więcej niż przed wizytą. Nie jestem w stanie wytłumaczyć takiego poziomu i skali terroru w imię jakiejkolwiek ideologii. Jest we mnie również więcej strachu i pokory wobec życia, które jest mi dane. Wiem, że to niezrozumiałe "coś" nadal się dzieje. Przygasa i narasta w różnych miejscach na Ziemi. Jednak od wielu lat to „coś” wciąż jest gdzieś "tam". Nie mam jednak żadnej gwarancji, że kiedyś, niedługo, nie pojawi się znowu tu. Może właśnie teraz w moim sąsiedztwie, w kolejnej chorej głowie objawia się ostateczna prawda o właściwie ułożonym społeczeństwie. Może w jakimś obłąkanym umyśle dojrzewa ta pewność, że posiadło się wyłączną wiedzę, jak do tego szczęścia ludzi doprowadzić. Może w paranoicznej jaźni tworzą się podziały na swoich i wrogów, na dobrych i złych, które wkrótce pozwolą z zimną krwią eliminować tych drugich rękami tych pierwszych. Nic nie jest dane na zawsze. Pozorny spokój świata, w którym żyję, również. To jedyna pewna lekcja z Tuol Sleng.

e-mail do autora: robertszablowski1@gmail.com
Wszystkie cytaty z:

Peter Froberg Idling "Uśmiech Pol Pota" , Wydawnictwo Czarne, 2010 rok.


Share this post:
Rate this post: 28  

 

Related posts

Comments

  • Guest - LeonSi

    Przerażające jest to, co opisujesz. Uczymy się historii, aby nie powtarzać błędów. Jednak te wszystkie krzywdy wyrządzane ludziom są powtarzane i każdy z tych pseudo liderów widzi w swojej filozofii wyższy cel. Naprawdę straszne

    Reply

    • Guest - Robert

      Przerażający jest fakt, że chore umysły potrafią porwać za sobą miliony gorliwych wyznawców ich "religii".

      Reply



  • Guest - pawel

    mocny tekst. jestem szczęśliwy, że żyje w Polsce AD 2016

    Reply


  • Guest - Wiktor

    Skąd bierzecie na Kronice ciągle nowy i ciekawy kontent?

    Reply



New Comment

required

required (not published)

optional

Słowa kluczowe