LIKE US

Afryka - brutalna rzeczywistość i świat niekończących się cierpień cz.3

Afryka Piotr Smirnow Wywiad Joanna Osicka

Jan. 24, 2016, 22:32 4 45 PiotrSmirnow

 
Poniżej przedstawiam trzecią i ostatnią część wywiadu z Piotrem Smirnowem, gdzie poruszone zostaną zagadnienia korupcji i bezpieczeństwa w krajach afrykańskich.

Poniżej przedstawiam trzecią i ostatnią część wywiadu z Piotrem Smirnowem, gdzie poruszone zostaną zagadnienia korupcji i bezpieczeństwa w krajach afrykańskich.

Chesz przeczytać poprzednie części? Kliknij: cz.1 i cz.2

J: Czy opuszczaliście ląd i eksplorowaliście przybrzeżne wyspy Afryki Zachodniej?

P: Tak, w Gwinei Bissau wyruszyliśmy na wyspy Bijagos. Są to mało popularne wyspy wśród turystów. Może jedynie Portugalczycy częściej się tam zapuszczają z racji tego, że jest to ich była kolonia, więc pewnie mają o tych terenach nieco większe pojęcie niż cała reszta świata. Jedną z największych wysp tego archipelagu jest Babaque, która chyba jest najbardziej turystyczną z nich wszystkich. Ma nawet dwa hoteliki! Pozostałe wyspy są po prostu nieodwiedzane, a rzeczywistość pozostaje dla tamtejszej ludności niezmienna od kilkuset lat. Kobiety najczęściej ubrane są w trawiaste spódnice do kolan i jakieś T-shirty czy kawałki materiału zasłaniające piersi.

Poza tym warto zaznaczyć, że wyspy Bijagos odznaczają się niebywałą przyrodą. Ktoś to bardzo ładnie i trafnie ujął na portalu Lonely Planet, że na wyspach zawsze się coś dzieje i zawsze coś na ciebie czyha. Jak wchodzisz do wody to czekają na ciebie jadowite płaszczki, głębiej zaś rekiny. Za to w lesie po ziemi pełzają kobry, a w koronach drzew wiszą zielone mamby. Poza rekinami przerobiliśmy z synem wszystko. Teraz już wiem, że gdy wchodzi się do wody to trzeba iść bardzo wolno, robiąc jednocześnie tumult. Wtedy można zaobserwować jak te płaszczki uciekają na wszystkie strony. Natomiast węże… no cóż, to zjawisko mnie zaskoczyło. Wprawdzie nie był to pierwszy raz kiedy musiałem się przygotować na ich obecność, ale nie sądziłem, że tak szybko, zaledwie po przejściu kilkuset metrów w dżungli, przyjdzie mi się z nimi spotkać. Wyobraź sobie, że dwumetrowa, czarna kobra wyśliznęła się nam spod nóg w ostatniej chwili. Szczęście, że nikt na nią nie nadepnął.

J: Jak wygląda rzeczywistość Gwinei Bissau?

P: Moje pierwsze wrażenia z wizyty w Bissau, stolicy Gwinei Bissau, były mieszane. Wciąż było widać ślady ostatniego nieudanego przewrotu wojskowego, który miał miejsce rok wcześniej. Pałac prezydencki został odbudowany od podstaw. Poza tym dużo bałaganu, mało kto troszczy się o porządek na ulicach. W wioskach zaś bardzo dbają o schludność otoczenia, bo to jest ich świat. Ta prawidłowość występuje także u nas, zadbane osiedla na przedmieściach Warszawy i zaśmiecona Marszałkowska, do której nikt się nie przyznaje. Miasto Bissau ogólnie jest zdominowane przez wojsko, które przegrało próbę przewrotu. To odcisnęło spore piętno, które nadal jest wyczuwalne.

J: Czy podczas podróży po Gwinei Bissau wpadłeś w jakieś tarapaty?

P: Raz i to na własne życzenie. Świadomie podjąłem ryzyko, bowiem postanowiłem z odległości kilkuset metrów zrobić zdjęcie XVII wiecznego fortu portugalskiego, który usytuowany jest w centrum miasta Bissau. Fort robi niesamowite wrażenie. Czarne, grube i potężne mury wznoszące się nad starą częścią miasta. Jest to jednak siedziba jednostki wojskowej, zatem skierowanie aparatu w tamtą stronę groziło kłopotami. Niemniej oceniwszy odległość na dość sporą, stwierdziłem, że podejmę to ryzyko. Nagle, ni stąd ni z owąd, zrobił się tumult, pojawili się ludzie, którzy coś krzyczeli, łapali mnie za rękaw, a chwilę później, nim się obejrzałem, wezwali wojsko. Zaalarmowani żołnierze początkowo nie wiedzieli co się dzieje, ale szybko zorientowali się w sytuacji. Zostałem zatrzymany i zaprowadzony pod twierdzę. Zaczęło się sprawdzanie dokumentów i przeszukiwanie wszystkich rzeczy, które musiałem po kolei wykładać na piaszczystą ziemię. Na szczęście nikt nie próbował mnie okraść, bo było dużo gapiów, śledzących każdy mój ruch. Poza tym wszystkie cenne i ważne rzeczy miałem bardzo dobrze ukryte, więc raczej nie daliby rady w prosty sposób nic znaleźć. Po chwili nadszedł wyrwany z odpoczynku oficer, który oznajmił, że popełniłem straszną zbrodnię. Wokół wszyscy krzyczeli i czymś tam grozili. Nie bardzo rozumiałem czym, ale po oczach otaczających nas żołnierzy widziałem, że nie jest dobrze. W tym całym zgiełku zaczęło jednak coraz częściej pojawiać się słowo „dinhero”, czyli po prostu chodziło im o pieniądze. Zrobiło się naprawdę gorąco. Jednak dzięki temu, że wokół było sporo wojska i trochę gapiów, wciąż obawiali się użyć siły wobec białego. Dwóch oficerów zaczęło grę w dobrego i złego policjanta. Ten zły, niestety, stawał się coraz bardziej agresywny. Na szczęście po długim czasie oficerowie stawali się znużeni tą sytuacją. Nie mieli zbyt dobrze opracowanych swoich ról i czuli, że ich gra do niczego nie prowadzi. Trzeba było szybko coś zrobić, bo obawiałem się, że przejdą do rozwiązań siłowych. Zaryzykowałem i korzystając z chwilowego, zbyt wylewnego zachowania „dobrego policjanta”, uścisnąłem mu bardzo serdecznie dłoń mówiąc jakim to dobrym jest człowiekiem i jaki jestem szczęśliwy, że go poznałem i zanim wyszedł z osłupienia odszedłem, nie oglądając się za siebie. Zrobiło się cicho i tylko na plecach czułem ich wzrok. Nikt jednak nie ruszył za mną. Po chwili usłyszałem ich kłótnie między sobą i wrzaski złego oficera. Widocznie był wściekły, że wypuścił z rąk taką okazję.

J: Krótko mówiąc – miałeś farta!

P: I to sporego!

J: Gdybyś miał podsumować zatem Sierra Leone lub Gwinea Bissau jednym zdaniem, to powiedziałbyś, że…

P: …że Sierra Leone to wspaniały kraj hołdujący kulturze plemiennej, o bardzo życzliwym i gościnnym społeczeństwie, gdzie spotkało nas bardzo dużo dobrego. To było dla mnie olbrzymim zaskoczeniem, zwłaszcza mając na względzie ich historię. Zauważyłem, jak bardzo cenią sobie normalność. Normalność jest dla nich synonimem szczęścia.

Zaś Gwinea Bissau… hmm… to kraj kontynentalny, tygiel plemion. Nieco trudniej będzie mi dokładnie wyrazić się na ten temat, bo nie znam portugalskiego, przez co moja umiejętność poznawcza była znacznie ograniczona. Poza tym większość czasu spędziłem na wyspach Bijagos, więc moja ocena tego kraju może być nieco zaburzona. Za to przyroda tych wysp jest po prostu niesamowita. Piękna i dziewicza, choć przy tym pełna niebezpieczeństw.

J: Czyli potwierdzasz to stwierdzenie, że znajomość języka jest kluczowym elementem w poznawaniu innej kultury i chłonięciu obcej dla nas rzeczywistości?

P: Zdecydowanie tak. Sporo udało mi się dowiedzieć i poznać na wyspie Bubaque, gdzie zdecydował się osiedlić pewien Hiszpan. To osoba z bardzo ciekawą przeszłością. Wychowywał się na granicy Portugalii i Hiszpanii, więc mówił również po portugalsku. Dobrze czuł się w tej atmosferze wysp Bijagos i dzięki jego pomocy udało się nam dostać do dalekich zakątków tego archipelagu.

J: Czy mieliście jakieś problemy na granicach? W końcu podróżowaliście bardzo dużo, między wieloma krajami.

P: Przyznam Ci szczerze, że nie. Nie da się upilnować granic państw, których terytoria zostały sztucznie podzielone tym samym sprawiając, że jedno plemię żyje w trzech różnych krajach. Ludzie nie przejmują się tym zbytnio i swobodnie przekraczają granicę w celu odwiedzenia swoich kuzynów czy wujostwa. Niemniej, aby nieco zapanować nad samowolką migracyjną w całej Afryce poustawiano posterunki wojska i policji, czyli check-pointy, które z reguły usytuowane są przy głównych drogach i skrzyżowaniach . Zatrzymuje się tam ludzi, sprawdza ich papiery i co ze sobą wiozą. W zamyśle rządzących check-pointy mają utrzymywać porządek. Może i tak jest, ale słabo opłacani posterunkowi koncentrują się gównie na szukaniu pretekstów do wymuszania łapówek. Kiedyś na Zanzibarze zatrzymano mnie na motocyklu za rzekome złamanie przepisów drogowych, w związku z posiadanymi przeze mnie dokumentami. Oczywiście były pogróżki, grożenie sądem i aresztowaniem do czasu rozprawy. Wziąłem ich na przeczekanie, bo wiedziałem, że powód jest całkowicie wydumany. Czas mijał, ale ja się nie spieszyłem i nie miałem najmniejszej ochoty dawać im łapówki. Po pewnym czasie jeden z posterunkowych zaczął machać zanzibarskim kodeksem drogowym, napisanym po angielsku. Zabrałem mu go i po chwili znalazłem akapit jasno stwierdzający, że to ja miałem rację. Wtedy dopiero zrobiło się zamieszanie. Kłócili się wściekle w jakimś swoim narzeczu, ale ja stałem spokojnie wiedząc, że jestem górą. Po chwili przemówił do mnie główny oficer. Całkowicie przyznał mi rację i na koniec uprzejmie poprosił, że skoro na moje zatrzymanie i wyjaśnienie całej sprawy stracili tak dużo czasu, to może bym im zostawił jakąś kwotę jako zadośćuczynienie. Dużo podróżowałem po Afryce, ale takiej logiki się nie spodziewałem. Rozbroił mnie tym zupełnie. Uśmiałem się, ale zostawiłem im parę groszy. Na koniec uścisnąłem ręce ze wszystkimi, a cały posterunek wyszedł na drogę, żeby mi pomachać na pożegnanie. Kwota łapówki była naprawdę symboliczna, ale najważniejsze było to, że dzięki tym pieniądzom nikt nie stracił twarzy.

To jeszcze nie jest koniec tej historii. Parę kilometrów dalej trafiłem na kolejny posterunek policji. Oczywiście znów mnie zatrzymali i... znów oskarżyli o złamanie tego samego przepisu. Na krzyk oficera zareagowałem uprzejmym uśmiechem i wyciągnąłem z kieszeni kartkę, z której mu odczytałem, że zgodnie z paragrafem takim to a takim kodeksu drogowego Zanzibaru… Dawno nie widziałem tak osłupiałej twarzy. Jak doszedł do siebie, to wydusił pytanie: Skąd to masz? Odpowiedziałem z godnością, choć chciało mi się rechotać: - z poprzedniego posterunku, na którym szczegółowo wyjaśniliśmy już ten problem. Znów go zatkało. Nie wiedział co powiedzieć. W końcu wyrzucił z siebie ze złością: Ile im za to dałeś ??!!

J: Czy podczas Twojej podróży spotkałeś się z czymś, co Ci się zdecydowanie nie podobało, wzbudzało negatywne emocje? Nastawienie? Sposób myślenia, zachowanie?

P: Postaram się tutaj nie mówić o dużych miastach. Duże miasta to tygiel, o czym już wspomniałem. Wszystko jest tam nieprzewidywalne. Trafiają tam różni ludzie, poszukiwacze szczęścia. Jedni żyją przyzwoicie, a inni wolą iść na skróty.

Natomiast w małych miasteczkach i wioskach panuje często bierność. Afryka nie jest przedsiębiorcza. Wynika to z wielu względów, jednak chyba głównie z tego, że w wielu miejscach można żyć, albo raczej wegetować bez specjalnego wysiłku. Jednocześnie brakuje tam jakichkolwiek perspektyw. Mężczyźni często więc nic nie robią. Po prostu. Jak nie muszą, to się nie ruszą. Trwają w bezruchu, jak to opisywał Kapuściński. Natomiast kobiety są bardziej aktywne, bo tradycyjnie zajmują je prace w obejściu, opieka nad dziećmi i jeszcze niekiedy próbują zarobić parę groszy.

Może nie jest poprawne politycznie to, co powiedziałem, ale Afryka spotkała się z bardzo złymi wpływami zachodniego świata. Zburzono tradycyjne wartości, relacje i tryb życia. Zachodni kolonizatorzy podporządkowali sobie niemal cały kontynent, tworząc swoje państwa, nie związane z terytoriami plemion. Zdegradowano znaczenie wodzów i porządek plemienny. Po zlikwidowaniu kolonii pozostały frustracje, wynikające ze sztucznie zaszczepionych zachodnich wzorców, nie mających odniesienia w kulturze i realiach afrykańskich. Skutkuje to próbami życia na skróty. Wśród elit najgorszy stał się pęd do władzy. Jednak nie tej plemiennej, gdzie królowie otoczeni byli oddaniem i szacunkiem. To żądza władzy totalitarnej na terytoriach wytyczonych uprzednio przez kolonizatorów. Władzy nieograniczonej i brutalnej, bez etycznych i kulturowych sentymentów. Rezultat tego możemy obserwować od Somalii po kraje zachodniej Afryki, gdzie miejsca kolonizatorów zajęli politycy, którzy z kolei robią wszystko by ich władza trwała wiecznie. Problemem powtarzalnym w większości państw Afryki jest to, że prezydent po pierwszej kadencji wygrywa drugą, mniej lub bardziej sobie pomagając, a następnie nie jest w stanie zaakceptować faktu, że nie przysługuje mu władza dożywotnia. Pod jakimś sprytnym pretekstem przedłuża więc sobie rządy o trzecią, aby ostatecznie zmusić parlament do uchwalenia bezterminowej kadencyjności. Ludzie czują się zniewoleni, bowiem prezydent nie jest ich wodzem plemiennym. Z kolei dla takiego władcy praca na rzecz państwa jest często mniej istotna niż osobiste interesy. Jest to piętno przeszłości odciśnięte przez białych ludzi.

J: Nie masz czasem takiego wrażenia, że wszystko to, co się tam dzieje, to jest spuścizna europejska? Weszli do Afryki, tłukli się o to, kto więcej terenu zagarnie, a następnie opuścili te tereny pozostawiając po sobie chaos i pobojowisko.

P: Właśnie do tego zmierzałem. Dawniej wódz był osobą świętą, mającą szerokie poparcie i szacunek wśród ludu. Do dziś z resztą tak jest, z tym, że ci wodzowie nie posiadają realnej politycznej władzy. Na przykład Somalia. Wszyscy żyli sobie tam spokojnie do czasu, kiedy Włosi nie uczynili sobie z tego terenu kolonii i zdecydowali się na stworzenie centralnego ośrodka władzy w Mogadiszu. Nagle okazało się, że plemienni wodzowie, do niedawna wielcy i poważani, spadli do rangi niewiele znaczących peryferyjnych przywódców. Po odejściu Włochów zaczęli się garnąć do Mogadiszu, gdzie nagle utworzył się tygiel walczących ze sobą plemion. Te walki zburzyły dotychczasową równowagę, która panowała w kraju i wprowadziły trwające do dziś chaos i bezprawie.

Cała Afryka, jak już wcześniej wspomniałem, została podzielona w sposób sztuczny. Kolonizatorzy zaburzyli pierwotne układy społecznościowe. Były to często działania zamierzone, zgodne ze sprawdzoną rzymską zasadą „divide et impera”. Dzielili i rządzili brutalnie, czego skutki pozostały do dziś na całym kontynencie afrykańskim. W szczególności daje się to zaobserwować w Kongo, Rwandzie i Burundi. W Rwandzie w 1994 roku Hutu postanowili  wyciąć w pień „karaluchy” z plemienia Tutsi. W imię tego pomysłu, w ciągu 2 miesięcy zabili około miliona ludzi. To był zorganizowane, metodyczne ludobójstwo. Skąd to się wzięło? Po pierwsze, sztuczny układ państwowy wprowadzony przez Belgów, na który nałożył się dodatkowo niewyobrażalny sadyzm belgijskiego króla Leopolda II. Ten władca ostentacyjnie i na szeroką skalę stosował różnego rodzaju brutalne i krwawe metody, które miały na celu egzekwowanie ślepego posłuszeństwa wśród tamtejszej ludności. Jednocześnie bardzo faworyzował Tutsich. Tym samym spowodował olbrzymią nienawiść między plemionami, gdyż Hutu czuli się degradowani. 

J: Czy doświadczyłeś podczas swojej podróży czegoś, co Cię zszokowało? Wprawiło w osłupienie? Wywarło na Tobie takie wrażenie, że nie dopuszczałeś do siebie myśli, że to się dzieje? Okrucieństwo? Przemoc? Bieda?

P: Takich sytuacji było wiele. Do biedy trzeba się przyzwyczaić. Niestety jest ona wszechobecna, zatem stanowi nieodłączny element afrykańskiej rzeczywistości. Po jakimś czasie w zasadzie wszystko staje się normalne. Hmmm… historie, które mną wstrząsnęły (dłuższa chwila ciszy)… muszę się skupić, bo to, co Ci opowiem jest straszne.

Będąc ostatnio w Afryce, jechaliśmy z Kenii przez Tanzanię wybrzeżem jeziora Wiktorii. Dotarliśmy do miasta Kigoma nad jeziorem Tanganika. Naszym celem było Burundi. Doniesienia na temat aktualnej sytuacji w tym państwie były bardzo podzielone. Szczerze mówiąc, do końca nie wierzyłem, że uda nam się tam przedostać, z racji bardzo sprzecznych ze sobą informacji i ostrzeżeń. No i trudno przejezdnej drogi przy granicy z Tanzanią. Przypomnę, że Burundi przeżyło bardzo podobną historię jak Rwanda, ale o ile Rwanda miała bardzo krwawą wojnę, po której zakończeniu cały świat skupił się na tym państwie, o tyle Burundi zostało pozostawione samo sobie z tlącym się przez długie lata konfliktem. Mało tego, problem Tutsi i Hutu nie został tam ostatecznie zakończony tak jak w Rwandzie i jest nadal wykorzystywany w wewnętrznych konfliktach. Ostatnio znów wybuchły tam krwawe zamieszki, gdy prezydent Pierre Nkurunziza postanowił nagiąć prawo i przycisnąć parlament, żeby wbrew konstytucji kandydować po raz trzeci. Brzmi znajomo, no nie?
Problem ciągnących się konfliktów podsycanych politycznymi i plemiennymi waśniami, rozciąga się także na Kongo. Wschodnią część Demokratycznej Republiki Konga, zwanego potocznie DRC, dla odróżnienia od mniejszego sąsiada o podobnej nazwie, będącą z dala od wybrzeża można określić mianem Dzikiego Wschodu Konga lub Dzikiego Środka Afryki. Jest to niekontrolowana bandycka część tego kraju. Z racji historii i trudno dostępnego położenia wciąż nie ma możliwości by wprowadzić tam jakikolwiek nadzór i porządek. Są to ogromne tereny, położone w górach i dżungli a jednocześnie pełne diamentów, złota i innych naturalnych bogactw. To kraj pamiętający rządy sadysty Leopolda – człowieka pozbawionego jakichkolwiek hamulców moralnych. Różne grupy czerpią korzyści z niestabilności tego regionu. Bandytyzm to dla nich wygodne zjawisko. W tej mętnej wodzie rozwijają swoje ciemne interesy, handlując bogactwami Konga. Mieszkając kilka tygodni w Budżumburze, stolicy Burundi, położonej raptem kilka kilometrów od granicy, jak przez szkło powiększające mogliśmy obserwować to, co tam się dzieje. Niewielkie Burundi jest często nazywane przedsionkiem pogrążonego w chaosie Konga, w którym nasz normalny świat styka się z trwającym do dziś conradowskim jądrem ciemności. Wcześniej, w Kigomie, spotkaliśmy Thadeho, dzięki któremu przedostaliśmy się do Budżumbury. Jeśli pozwalała na to pogoda to kursował swoim małym rozklekotanym i pordzewiałym busikiem pomiędzy Kigomą a Budżumburą, pokonując pas bezdroży wzdłuż granicy Tanzanii i Burundi. Thadeho starał się nam pomóc i znalazł dla nas miejsce w swoim zatłoczonym samochodzie. Nieźle mówił po angielsku, ale jednocześnie stwarzał wokół siebie duży dystans. Jak już dojechaliśmy do Budżumbury to nie wiedzieliśmy jak się poruszać i gdzie się zatrzymać, bowiem większość informacji, które posiadałem na temat tego miejsca były nieaktualne. Nieoczekiwanie dla nas Thadeho zaproponował, żebyśmy z nim pojechali. Był umówiony z kolegą, który miał go zawieść do hoteliku, w którym zawsze się zatrzymywał. Stwierdził, że nam też się to miejsce spodoba. Wiedział, co mówi.

J: I tak się zaczęła Wasza znajomość?

P: Tak. W hoteliku poza tym była możliwość oglądania telewizji, więc wieczorem go spotkałem właśnie przed telewizorem. Thadeho stwierdził, że Budżumbura ma bogate nocne życie i warto by się wybrać na miasto, żeby nieco skorzystać z jego uroków. Słyszałem o tym wcześniej, ale nie planowałem samodzielnie zapuszczać się w zakamarki nieznanego miasta. W tej sytuacji z chęcią skorzystaliśmy z propozycji. Najpierw zajrzeliśmy do jednego klubu, potem do drugiego. Oczywiście każdy klub sprowadzał się do bardzo hałaśliwej muzyki i picia piwa. Syn w międzyczasie zaprzyjaźnił się z kolegą Thadeho i wrócili z nocnych rajdów dopiero nad ranem.

Ja zatopiłem się w konwersacji z moim nowym znajomym, który powoli się do nas przekonywał. Był człowiekiem na poziomie i czuło się, że również nieźle wykształconym. Chyba się polubiliśmy. Nasza lekka pogawędka przerodziła się w poważniejszą rozmowę. Po jakimś czasie i po drugim piwie Thadeho zaczął mówić o sobie. Przyznał się, że pochodzi z Kongo. Dla mnie to było dziwne – facet z Kongo i mieszka w Tanzanii? Okazało się, że Thadeho wcześniej kierował placówką organizacji pomocowej we wschodnim Kongu. Pewnego dnia odwiedziło go kilku zbirów, którzy zażądali, żeby przydzielił im część funduszy dla najbardziej potrzebujących. Thadeho odmówił, wyjaśniając, że do każdego wydatku musi zgromadzić odpowiednią dokumentację i uzyskać akceptację. Tłumaczył, że nie ma żadnych podstaw, żeby ich zakwalifikować do wypłaty pieniędzy. Jednak w żaden sposób nie był w stanie ich przekonać. Odeszli, mówiąc, że jak nie spełni ich żądań, to pożałuje. Odmówił. Po 5 dniach przyszli wieczorem do jego domu. Było ich 5, może 7. Na oczach dzieci po kolei gwałcili jego żonę, która była w zaawansowanej ciąży. Na koniec jeden z bandytów wyciągnął maczetę i ze śmiechem stwierdził, że teraz zobaczą co mu się urodzi – chłopiec czy dziewczynka. Mówiąc to rozpłatał kobietę. Thadeho został poważnie zmaltretowany i prawie stracił przytomność. Zabrali go ze sobą z nadzieją, że może im się przydać jako zakładnik. Jakimś cudem udało mu się przeżyć i po 4 miesiącach od tragedii wrócił do swojego opuszczonego domu. Okazało się, że jego żona też ocalała. Zdołał się dowiedzieć, że żona z dziećmi przebywała w ośrodku dla przesiedleńców, gdzieś w Finlandii. Nie czekała na niego, bo wszyscy byli pewni, że on dawno nie żyje. Thadeho dotarł do Finlandii i odnalazł rodzinę, niemniej po takiej traumie nie byli w stanie z żoną ułożyć sobie życia razem. W międzyczasie skończył kursy fizjoterapii i próbował podjąć pracę, jednak nie potrafił się tam odnaleźć. Postanowił opuścić ten kraj. Na prośbę żony obiecał, że nie wróci w rodzinne strony, dlatego też zamieszkał w Tanzanii. Rozmawiając ze mną zastanawiał się, czy gdyby teraz pojechał do żony, to może tym razem udałoby im się zbudować coś na zgliszczach ich związku. 

EPILOG

Z racji okrutnej historii, którą usłyszałam nie mogłam zadawać więcej pytań, a Piotr też stracił ochotę do dalszej opowieści. Jedna rzecz mnie zdumiewa i wprawia w osłupienie.

Jak ludzie ludziom mogli zgotować taki los?

© Piotr Smirnow

Chesz przeczytać poprzednie części? Kliknij: cz.1 i cz.2

Główna fotografia: hdptcar

Fotografia węża: Trostle


Share this post:
Rate this post: 45  

 

Related posts

Comments

  • Guest - Wojtek

    Znakomity tekts, bardzo poruszający

    Reply

    • Guest - Foot Pain

      Great information. Lucky me I came across your site by accident (stumbleupon).
      I've book marked it for later!

      Reply



  • Guest - Adam T.

    Przejmująca historia. Czy takie są realia całej Afryki?

    Reply


  • No az sie chce pojechac... bardzo fajny wywiad :-)

    Reply



New Comment

required

required (not published)

optional

Słowa kluczowe